„Był koniec czerwca. Nazajutrz po spóźnionych deszczach (…) lato wybuchnęło nagle na niebie i nad domami. (…) Fale żaru i światła nieprzerwanie zalewały miasto.”
„Na stromych zboczach wypalonych aż do kości, tu i ówdzie chrzęścił biały oset. Upał (…) huczał niby w palenisku (…). Trzeszczały pnie dębów (…) w kredowym niebie otwierała się przepastna wyrwa (…), skąd ział dech pieca i gorączki.”
„Na wzgórzach nigdy jeszcze nie było podobnego lata. Bo i zresztą tegoż dnia ten sam czarny upał jął zatapiać prowincje południowe falami od pierwszej chwili nadzwyczaj agresywnymi.”
Pierwszy cytat pochodzi z „Dżumy” Alberta Camusa (w tłumaczeniu Joanny Guze, TUTAJ), drugi i trzeci – z „Huzara na dachu” (Le Hussard sur le toit) JEANA GIONO (1895-1970). Oba utwory przedstawiają obraz zarazy. U Giono – cholerę azjatycką, która dotarła do Prowansji i (pod równie jak u Camusa bezlitośnie palącym słońcem) sieje spustoszenie. A jeśli przypomnimy jeszcze inne wielkie utwory ukazujące zarazę, np. „Karła” Pära Lagerkvista (TUTAJ) czy „Narcyza i Złotoustego” Hermanna Hessego (TUTAJ), stworzymy pewien bardzo interesujący ciąg tekstów. Może warto by je ze sobą zestawić? Jeśli to zrobimy, to w innym czasie.
Pierwsza połowa lat trzydziestych XIX stulecia. Angelo Pardi, młody włoski oficer przemierza miasteczka i wioski malowniczego francuskiego Południa. Dopiero z ostatnich rozdziałów dowiemy się, że jest garibaldczykiem o arystokratycznych korzeniach i zabił w pojedynku człowieka, który „sprzedawał republikanów władzom austriackim, a jego ofiary umierały w lochach”. Otrzymał wówczas wybór – więzienie lub ucieczka. Wybrał to drugie, a szpiedzy udali się w ślad za nim. Zbiegł do Aix-en-Provence. Akurat zaczynała się epidemia…
Jeździec zrazu spotyka niewielu ludzi, by z czasem widzieć ich coraz więcej… Martwych… Zagrożenie wzmaga się z każdą chwilą, bo cholera już „kroczyła jak lew przez miasta i lasy (…). Wynoszono bezlitośnie umarłych, bywało nawet, że na chwilę przed prawdziwym zgonem”. Pogoda i przyroda jej sprzyja. Drapieżne słońce atakuje tak samo, jak szponiaste ptaki. Wszechogarniająca śmierć jest tuż przed nim i za nim. I obok niego. Tylko do czasu udaje się omijać kordony sanitarne. W jednym z miasteczek omal nie traci życia, posądzony o zatrucie studni. Chwilowy azyl znajduje w opuszczonym domu, który jednak – jak się wkrótce okazuje – ma mieszkankę. Hrabiankę Paulinę de Théus, córkę lekarza z Rians. Jej mąż - o 45 lat od niej starszy, co chętnie akcentuje – prawdopodobnie został zatrzymany w kwarantannie. Pragnie go odszukać. Rycerski Angelo – po nieudanej próbie odwiedzenia jej od pomysłu niebezpiecznej wyprawy - oferuje pomoc. I tak wędrują do Manosque, nie mogąc liczyć na nikogo, a wręcz przeciwnie – wszędzie napotykając nieufność, wręcz wrogość. I chyba właśnie na przekór temu, co wokół nieludzkie, mężczyzna wykazuje się niesamowitym męstwem, które zawsze wyrasta tam, gdzie jest ugruntowane człowieczeństwo. Wspólnie z odważnym lekarzem i zakonnicą z miejscowego klasztoru odwiedza opuszczone domy, pełne zwłok w popłochu i przerażeniu porzuconych przez członków rodziny i krewnych. Wypuszcza z kwarantanny czekających na śmierć. Wreszcie dokonuje czynu najbardziej heroicznego – ratuje od śmierci Angelę. Tylko ją…
A potem? Wyrusza naprzeciw swojemu przeznaczeniu. Ku nowemu wyzwaniu?
Ps. Tego autora: „Kamień”, „Arkadio…, Arkadio…” – TUTAJ, „Zbieg” – TUTAJ.
Jean Giono, Huzar na dachu, przeł. Julian Rogoziński, Warszawa1974 (sygn. 62774).
piątek, 4 października 2024
Książki (nie)zapomniane - Męstwo zawsze pojawia się tam, gdzie jest ugruntowane człowieczeństwo
piątek, 24 lutego 2023
Książki (nie)zapomniane - Z miłości do ziemi (i kamienia)
Literatura prowansalska jest szczególna. Realistyczna, a jakby baśniowa. Pełno w niej słońca, zapachów i nieuchwytnego piękna. Dlatego, że tworzą ją ludzie kochający ten region. Czarowi Prowansji ulegli nie tylko Francuzi, co poniekąd oczywiste, ale także Polacy. Na przykład Marie Szypowska, by wspomnieć tylko uroczą książeczkę "Provence, Riviera". Dziś jednak wrócimy do JEANA GIONO (1895-1970), którego opowiadanie "Zbieg" przedstawiłyśmy TUTAJ. Przypomnimy dwa opowiadania z tomu „Le Déserteur at autres récits”.
Najpierw utwór "nieprowansalski", czyli "Kamień" (La Pierre). Opowiadanie powstałe z miłości... do kamienia. To uczucie się wyczuwa. Między słowami. Między wierszami. Na przykład:
... w opisie animizowanego akweduktu: "Kroczył ponad sosnami, dębami, zagajnikami, poprzez ogrody warzywne, fermy, posiadłości ziemskie, drogi i kolej żelazną. Wspinał się na pagórki, opuszczał w doliny, przeskakiwał nad kotlinami, ponownie wchodził na wysokości i nagle zniknął",
... w rozważaniach nad architekturą Bramy Słońca w Andach i żaren w Meksyku,
... w "wyprawach" do wnętrza kamienia, czyli jaskiń, grot, kopalń,
... w zachwycie nad wyspami, górami, białymi skałami Dover, nad architekturą miast i konstrukcją wież,
... w sięganiu najwyżej - do odległych galaktyk,
wreszcie w rozważaniach o "życiu" kamieni: "Być może gdzieś we wszechświecie występują granitowe morza i oceany marmuru?"
Niezwykłe, czarowne rozważanie. Niejasne gatunkowo. Piękne.
Jean Giono, Kamień, w: tegoż, Zbieg [i inne opowiadania], przeł. Maria Książek, Kraków 1988, s. 77-128 (sygnatura: 129848).
Wracamy do Prowansji. "Arkadio... Arkadio..." (Arcadie... Arcadie...), czyli zachwyt nad wyjątkowością tej krainy. Krajobrazy "składające się w dziewięciu dziesiątych z nieba i w maleńkiej dziesiątej części z ziemi". Klimat. Ludzie w Alpach Prowansalskich, którzy czasem "oprócz samotności nie mają żadnego urozmaicenia". I ci mieszkający w dolinach - ich wspaniałomyślność i gościnność. Historia (zamki!). Nieduże miasta. Porty. Lazurowe Wybrzeże. Rzemiosło. Roślinność. Winnice. Migdałowce i oliwki: "Gaj oliwny jest jak biblioteka, do której udajemy się, by zapomnieć o życiu lub je lepiej poznać," a zbieranie owoców to "najsmakowitsza w świecie praca". Małe fermy. I trwanie: "Wiatr wieje z południowego zachodu, dokładnie tak samo jak dziesięć tysięcy lat temu"…
Utwory Jeana Giono. (Arcy)dziełka pełne miłości zamkniętej w słowach.
Jean Giono, Arkadio... Arkadio..., w: tegoż, Zbieg [i inne opowiadania], przeł. Maria Książek, Kraków 1988, s. 129-175 (sygnatura: 129848).
piątek, 14 stycznia 2022
Książki (nie)zapomniane - Człowiek, który uciekał
Wynurzył się nieoczekiwanie z mrocznej przeszłości i skierował niepewne kroki ku szwajcarskim górom. Człowiek przez lata bezimienny. Jakby zstąpił na wzniesienia i łąki tej malowniczej krainy z kart Nędzników Hugo. Ciągle w drodze, w lekkim pośpiechu. Zbieg (Le déserteur) JEANA GIONO (1895-1970).
Był stworzony do ucieczki, do ucieczki przede wszystkim (…) I nic nie mogło go zatrzymać, dopóki w jakimś miejscu nie natrafiłby na możliwość innej ucieczki, ucieczki w głąb.
Niemałym wyczynem w jego czasach (połowa XIX stulecia) było sforsowanie Alp. A jednak je pokonał. Nie pochłonęły go wzburzone wodospady. Nie zasypały pomrukujące skały. Nie wyrządził mu większej krzywdy porywisty wiatr szaleńczo tańczący pośród głazów. W dolinach i na drogach czaili się zbójcy. Przeżył. W oberżach okradano gości, a nierzadko zabijano. Omijał te miejsca.
Pory roku zmieniały się. Upływał czas. Zbieg zapragnął komuś zaufać, gdzieś osiąść. Za dużo było samotności, pokrytych lodem gór, niepewnych dróg. I w malutkiej miejscowości, zagubionej w malowniczym krajobrazie, wyznał sołtysowi swoje nazwisko i narodowość. Także to, że przeraźliwie boi się żandarmów.
Nadciągnęła kolejna zima. Dalej już nie poszedł. Pozostał w wiosce. Zaczął malować portrety jej mieszkańców ucharakteryzowane na świętych. Znał się też na weterynarii i zielarstwie. Pomagał ludziom. Odtąd prowadził osiadły tryb życia, ale wciąż uciekał, chociaż już jakoś… wewnętrznie. Żandarmi dawno o nim zapomnieli. I zatrzymał się dopiero, aby umrzeć. Jego trumna, zrazu ciężka, po chwili stała się leciutka. Sygnaturka kościółka sama się rozdzwoniła. Zmęczony Valjean odpoczął. Nie Valjean, lecz Karol Fryderyk Brun.
Czym jest to przedziwne, uhaftowane liryzmem opowiadanie? Parabolą? Żywotem, którego nie zmieściła Legenda aurea Jakuba de Voragine? Baśnią? Otacza je zwiewne piękno. Unosi się nad nim obłoczek Tajemnicy. I płynie ponad Alpami – jak piórko – wyżej i wyżej… Co płynie? Ta historia czy wyzwolona dusza Zbiega, który już nie musi uciekać?
Jean Giono, Zbieg, w: tegoż, Zbieg [i inne opowiadania], przeł. Maria Książek, Kraków 1988, s. 5-75 (sygnatura: 129848).


