Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jack London. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jack London. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 marca 2018

Książki (nie)zapomniane - Życie mimo wszystko

Klondike. Śnieg, mróz, często głód. Wymarzony kraj do przekroczenia wrót śmierci. Co nie znaczy zresztą wcale, że nadaje się on do spędzania w nim życia. W tej niegościnnej krainie rozgrywa się dramatyczna walka o przetrwanie. Serce kobiety JACKA LONDONA (1876-1916).

Nad białą krainą Dalekiej Północy kończy się kolejny dzień. Traperzy, którzy rozbili tu obóz, rozmawiają. Bardziej doświadczeni wracają pamięcią do minionych wypraw, udzielając cennych rad tym, którzy idą z nimi po raz pierwszy. Wreszcie na dłużej do głosu dochodzi Charley - Indianin z plemienia Siwaszów. Rozpoczyna opowieść o morderczej podróży do Słonej Wody, hen, nad Morze Beringa, a później - już wiosną - do Jukonu. O uczestniku tej wyprawy - tęgim mężczyźnie, mającym dostarczyć listy pracownikom okrętu wielorybniczego, uwięzionego w lodach rzeki MacKenzie. I o drobnej kobiecie, która mu towarzyszyła, mimowolnie przyciągając wzrok odważnych, hardych towarzyszy. Czyli - o samym sobie i żonie, Passuk.

Wyruszyli. Początkowo trudności były umiarkowane, ale z czasem sytuacja pogorszyła się. Niesprzyjające warunki geograficzne i pogodowe to znani nieprzyjaciele, pokonywani wielokrotnie. Ale oto pojawił się największy wróg - morderca. Głód.

Charley - doświadczony podróżnik - zdecydował, że wybierze się po żywność do oddalonej o 700 mil Misji Haines. Wraz z nim poszli silny, pewny siebie Długi Jeff i ona - szczuplutka Passuk.

Tak rozpoczęła się droga przez mękę. Znowu to samo: mróz, zawieje śnieżne i głód. Zarozumiały Jeff upadł na duchu jako pierwszy. Gdy ten zwalisty kolos leżał przy ognisku i płakał, kobieta gotowała; nad ranem pomagała zaprzęgać, wieczorem zaś wyprzęgać psy. Jej zawdzięczały, że tak długo utrzymały się przy życiu. Zawsze szła przodem, udeptując psom drogę. Ona jedna nie zwątpiła, że dotrą do celu. Bez zbędnych słów, bez lamentowania przyjmowała klęskę po klęsce. A gdy sanie i trzy wychudzone psy utonęły podczas przeprawy przez rzekę, wzięła na własne barki to, co zostało. Wówczas największym ciężarem stał się bezużyteczny Jeff, więc kobieta - mimo sprzeciwu męża - zastrzeliła go. I poszli dalej.

Nastała wiosna, podczas której rozkwitło serce Charley'a. Wreszcie zrozumiał, że kocha żonę, chociaż do tej pory był wobec niej zimny jak tafla lodu. I dostrzegł, że Passuk umiera. Zdążyła mu jeszcze powiedzieć, iż spotkany na szlaku mężczyzna, ten, któremu zabroniła podać żywność, wiedząc, że niebawem umrze, był jej bratem. Ocaliła w ten sposób resztki pokarmu dla męża. I tego się jeszcze dowiedział od konającej, że od jakiegoś czasu codziennie jadła pół porcji. To, co zaoszczędziła, ma zabrać na dalszą drogę. Bo musi iść dalej... Gdy skonała, zabrał to zawiniątko. Doszedł do celu.

Dziwne jest życie (...). Skąd bierze się w nas tak silne umiłowanie życia? Jest ono przecież grą, w której żaden człowiek nie wygrywa. Żyć - to pracować ciężko i cierpieć dotkliwie (...). Trudno jest żyć (...). Lecz człowiek mimo to zdąża w otwarte ramiona śmierci, potykając się, padając, ale (...) walcząc do końca! A przecież Śmierć jest dobra. Tylko od Życia doznajemy bólu. Kochamy jednak to Życie, a nienawidzimy Śmierci. Dziwne.

London Jack, Serce kobiety, przeł. Zygmunt Glinka, w tegoż, Biała cisza i inne opowiadania z Północy, Warszawa 1979, s. 186-203. (Sygnatura: 87662).

poniedziałek, 21 listopada 2016

Zniewalający, czarujący, wrażliwy chłopak

To była (jest!) jedna z najbardziej malowniczych postaci w historii literatury. Nie tylko amerykańskiej. 12 stycznia przypadła 140. rocznica jego urodzin, a 22 listopada (jutro) - setna rocznica śmierci.

Jack London (1876-1916), czyli John Griffith Chaney, bo nazwisko przejął od ojczyma. W zgodnej opinii tych, którzy go znali, był człowiekiem o wielkim uroku osobistym i silnym charakterze, a jednocześnie niezwykle wrażliwym. Posiadał bujną wyobraźnię, ale chociaż pisał beletrystykę, nigdy nie tworzył fikcji. Ten pozorny paradoks znaczy tyle, że pisał wyłącznie o tym, czego osobiście doświadczył. O życiu marynarza, trapera, farmera, trampa... Czyli o sobie.
Źródło

Ubóstwo wcześnie wypędziło go z domu. Od bardzo wczesnych lat pracował rozdając na ulicy gazety, potem był kierowcą i robotnikiem w fabryce konserw. Właściwie jeszcze jako dziecko, piętnastolatek, trudnił się nielegalnym połowem ostryg. A piraci, różne podejrzane i groźne typy, darzyli go autentycznym szacunkiem. Był dla nich autorytetem! Zanim osiągnął pełnoletniość, wypłynął na połów fok... aż do Korei i Japonii. Zahaczył też o syberyjskie wybrzeża. I tutaj - znowu - wielki respekt mieli przed nim doświadczeni marynarze.

Po powrocie z oceanów zapragnął podróżować... pociągiem. Nie w wagonie, ale na dachu ekspresu. Zwiedził w ten sposób nie tylko ojczyznę, ale również Kanadę. Gdy zaś minęła mu "dwudziestka", zaczął szukać złota na Alasce. Jak wielu, także jego ta gorączka nie ominęła.

Lata 1904-1905. Pamiętamy z historii: wojna rosyjsko-japońska. Nie mogło go tam zabraknąć. I nie zabrakło. Przyglądał się temu konfliktowi jako korespondent (podobnie jak w Meksyku, w 1914 roku).

I wreszcie poczuł wołanie Ziemi. Jak Scarlett O'Hara z Przeminęło z wiatrem. Pracę farmera na doświadczalnym ranczo opisze później w powieści Księżycowa Dolina. Bo coraz silniej będzie odczuwał literackie powołanie. Ale przedtem jeszcze odbędzie samotną wyprawę na Hawaje, którą zobrazuje w powieściach Syn Słońca oraz Jerry z wysp.

Nowele i opowiadania. Pisał, co widział. Co przeżył. Tak powstawały tomiki, np. Na szlaku, Syn wilka, Miłość życia. Również najbardziej znane utwory: Córka śniegów, Biały Kieł, Zew Krwi, Bellew Zawierucha.

Był zniewalającym, czarującym wiecznym chłopakiem, bardzo wrażliwym na ludzkie cierpienia. Podczas podróży do Anglii widział ciężką pracę i nędzę robotników, więc zobrazował je w Żelaznej Stopie i Mieszkańcach otchłani. Wstrząsające obrazy z życia marynarzy pokazał w Wilku morskim. Najbardziej bezpośrednio do swojej biografii nawiązał w Johnie Barleycornie i Martinie Edenie, o którym pisaliśmy TUTAJ.

Żył zaledwie 40 lat. Tak wybrał. Bo było w nim jakieś pęknięcie. Jakaś rana. Zdyscyplinowany w pisaniu, a jednocześnie niesamowicie nieumiarkowany w życiu, wręcz trwoniący siły i talenty. Trzeźwo - wydawałoby się - myślący i zarazem pozwalający sobie na nierealistyczne marzenia (jak choćby wzorcowa farma, która okazała się klęską). Ewokując historycznoliterackie analogie, można by powiedzieć: pozytywista i romantyk. Jednocześnie. Czyli ktoś, kto - logicznie rozumując - nie miał "prawa" istnieć. Żyjąca sprzeczność. I nią właśnie był. Ale historia kocha szalone jednostki, czasem nawet podziwia, chociaż nie pochwala skutków ich szaleństw. Chętnie przyjmuje na swe karty czarujących awanturników, ale z zimną konsekwencją spycha ich na swe marginesy. Historia literatury także.

Źródło

piątek, 30 września 2016

Książki (nie)zapomniane – Gwiezdny pył i karły

W bieżącym roku przypada 140. rocznica jego urodzin i 100. rocznica śmierci. Irving Stone napisał o nim: Żeglarz na koniu. Marynarz. I farmer. Autor opowiadań i powieści. Zawadiacki, zdolny, przystojny. Wrażliwy. Prostolinijny. Malownicza postać. Chyba jednak najlepszy życiorys napisał on sam… kilka lat przed swą śmiercią. Zawarł w nim wytrwałe próby wstąpienia na literackie wyżyny, udręki odrzucenia, wreszcie oszałamiający sukces, który… nie cieszył. I zapowiedź samobójstwa. Wszystko to przedstawia Martin Eden JACKA LONDONA (właściwie Johna Griffitha Chaney'a, 1876-1916).

Artur Morse jest młodym arystokratą. Wraz z rodzicami, bratem i siostrą wiedzie beztroskie życie w luksusie. Pewnego dnia zostaje napadnięty przez pijanych portowych nożowników. Nieoczekiwany ratunek nadciąga ze strony młodego jak on marynarza. Wdzięczny Artur zaprasza go do domu. I tu Martin Eden, prosty, nieokrzesany, ale szczery chłopak, poznaje uosobiony Ideał. Konkretnie – Ruth, siostrę Artura.

Oczarowanie. Podziw. Piramida marzeń i pragnień. To już odtąd zagości w sercu Martina. A w Ruth – zimnej pannie z towarzystwa – ogromna niepewność. Przyciąganie i odpychanie. Pokusa wyjścia w kierunku Przygody i lęk, że nie wypada. Bo nie ten poziom intelektualny. Nie ta sfera. Wąskie kładki konwenansów, nie do przebycia dla dwojga.

Ale Eden ma charakter jak ze stali. Raz zapragnąwszy zdobyć wykształcenie, nie cofa się. Jest częstym bywalcem biblioteki (tak!). Wreszcie sam zaczyna pisać opowiadania. O tym, co przeżył na dalekich morzach i w odległych stronach. O życiu, którego Ruth nie rozumie ani nie ceni. Wysyła swe teksty do licznych gazet, stale otrzymując odmowne odpowiedzi. Nikt nie wierzy, że mu się powiedzie. Dziewczyna, coraz bardziej oczarowana (mężczyzną, nie literatem), błaga, by przestał. Bo już nawet głoduje, ostatnie dolary przeznaczając na kilogramy znaczków. Tylko jedyny przyjaciel, Brissenden, niezrozumiany przez otoczenie jak on sam, wierzy w jego talent. Ale Brissenden umiera. I po śmierci odnosi zwycięstwo. Krytyka zachwyca się jedynym utworem, który napisał.

Martin wreszcie zatriumfuje. Z dnia na dzień zaczną się sypać oferty. Gdy się wzbogaci, ludzie spojrzą na niego przyjaźniej. A może tylko na jego pieniądze. Państwo Morse też nagle przestaną sprzeciwiać się ewentualnemu małżeństwu córki.

Ale Eden (London?) jest już ponad wszystkimi układami obłudników. Gwiezdny pył, jak go (od tytułu jego opowiadania) kiedyś nazwał przyjaciel, nie chce żyć wśród karłów. Jego myśli płyną w inną stronę. Jak niepowstrzymane obłoki. Nie potrzebuje już kobiety ani majątku. Niczego. Bo stał się nawet sobie obojętny…

Ta śmierć była pomyślana jako przejaw absolutnej swobody. Ale przecież taki wybór – mimo wszystko – w jakimś wymiarze stanowi przyznanie się do przegranej. I czym był dla Martina (Jacka)? Zwycięstwem nad społecznością „karłów” czy wyrazem absolutnej pogardy dla ludzi, a zatem klęską człowieczeństwa?

Historycy literatury niejednokrotnie pisali o ogromnym wpływie indywidualistycznej filozofii Friedricha Nietzschego na poglądy i pisarstwo Londona. Chyba najwyraźniej widzimy go w Wilku morskim. Ale w nim także obserwujemy destrukcję indywidualisty. Jednak nie uprzedzajmy wypadków. Ta powieść zasługuje na osobne omówienie. Może pewnego dnia ją przedstawimy. A barwną, chłopięcą sylwetkę pisarza dodatkowo przybliżymy późną jesienią, gdy przypadnie setna rocznica jego śmierci. Bo z pewnością przyda nam się trochę słońca na jesienne niepogody.




London Jack, Martin Eden, przeł. Zygmunt Glinka, Warszawa 1965. (Sygnatura: 105979).
London Jack, Martin Eden, przeł. Zygmunt Glinka, wyd. 14 (właśc. 15), Warszawa 1990. ISBN 83-207-1298-X. (Sygnatury: 130786-7).