Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 października 2022

Nie tylko „skrzydełka, udka i wódka”, czyli szkoda lata

Październik. Definitywnie skończyły się urlopy i wakacje. Uczniowie już od miesiąca pogłębiają wiedzę. Teraz dołączyli do nich studenci. Przypomnimy letnie dni? To chyba najlepsza pora. Oto kilka wspomnień p. Basi.

Nieduża miejscowość uzdrowiskowa. W regionalnej gazetce reklamuje się dwuwierszem:
„Zdrowa kraina
ryb, miodu i wina.”

Poranek. Promyk zagląda do okna, więc trzeba wstać. Po śniadaniu udaję się do kiosku. Jest za torami. To kilkanaście minut marszu. Spoglądam w niebo, z którego już zaczyna lać się żar. Nawet miła odmiana po kilkunastu chłodnych dniach. I co widzę na błękitnym tle? Nie, nie słońce. Księżyc! Bledziutki, zupełnie przyćmiony przez Heliosa. Za chwilę zupełnie zniknie. I myślę, że można by to zjawisko wykorzystać… filozoficznie, metaforycznie. Ale może innym razem.

Docieram do kiosku, który nazywa się „Sklep wielobranżowy”. Towaru w nim mnóstwo, a obok tablica z hasłem: „ Każdego ranka masz dwie możliwości – śnić o swoich marzeniach lub wstać i je spełniać.” Postaram się stosować.

W drodze powrotnej wstępuję do sklepu spożywczego. Na bocznej ścianie kolejna tablica, a na niej spis najważniejszych produktów dostępnych danego dnia. Oto końcówka (w takiej kolejności, a obok - ceny): „skrzydełka, udka, wódka”.

Spaceruję po kurorcie. Wchodzę do kawiarenki. W drzwiach mijam się z panem w wieku senioralnym, dumnie noszącym na koszulce hasło: „Nie robię siary!”

Kawiarenka druga. Ma regionalnie, śląsko brzmiący szyld i takież produkty. Głównie lody. Nie jadam ich, bo lekarz mi przed laty zabronił, ale patrzę na oryginalne nazwy. Nie podam tłumaczeń! Oto niektóre: „blaubera, fest pistacyjo, kawa fusiato, makron na mlyku, maślonka, rabarber, rouza, szekulada, szkocko gorzoła, śmietonka, wieprzka, zmielony mandel”. Są też lody „ciasteczkowe”, „kremówka papieska” i „niezłe ciacho”!

Kontynuacja przechadzki. Ciąg ładnych, zadbanych domów jednorodzinnych. Na niektórych płotach tabliczki mrożące krew w żyłach: „Uwaga, dobry pies – gryzie!” albo „Uwaga, pies! Kto wchodzi bez zaproszenia, zostanie pożarty!” Pełna obaw zaglądam na podwórko pierwszego. I co widzę? Pod krzaczkiem siedzi malutki, bardzo spokojny kotek! Leniwie mruży oczka. Pewnie zasypia.

Niezwykła okazja! Mogę wzbogacić się o 2000 PLN! Na kilku parkowych drzewach (jak się potem okaże, również w wielu innych miejscach) wisi ogłoszenie. Zaginął pies. Tyle właśnie wynosi nagroda dla znalazcy. Niezwłocznie wyruszam na poszukiwania, ale czworonoga – mimo usilnych starań - nigdzie nie dostrzegam. Budżetu więc nie powiększam.

Mijają dni (i noce). Trzeba wracać. Pociąg jest przepełniony. Dużo w nim dzieci. W jednym z miast duża grupa wysiada i takaż wsiada. Na peronie młodzi życzą sobie: „Miłego wakacjowania!” Tak, oni mają jeszcze miesiąc wolnego przed sobą…

A teraz jest październik. I letnie wspomnienia. Aż tyle.

poniedziałek, 10 września 2018

Okruchy letnich dni

Rozpoczął się nowy rok szkolny. Dzieci i młodzież już w ławkach, a nauczyciele - przy tablicach. Jednak zdecydowana większość studentów może jeszcze wypoczywać, więc przedstawię kilka migawek z mojego urlopu (pisze p. Basia).

Kawiarenka w niewielkiej miejscowości uzdrowiskowej. Co jakiś czas ktoś wchodzi lub wychodzi. Tylko jedna osoba rozpoznaje siedzącego w pobliżu drzwi piłkarza - reprezentanta polskiej drużyny narodowej. Wielu pewnie czuje niedosyt po minionym Mundialu, ale staram się patrzeć realistycznie i myślę: Dobrze, że Polacy - po latach nieobecności - w ogóle wzięli udział w tej imprezie. Nagle czuję wielki przypływ sympatii do futbolisty skromniutko siedzącego w knajpce.

Duży hol w pawilonie zabiegowym. Tu zazwyczaj gromadzi się sporo chorych, ale także handlarzy liczących na pokaźne grono nabywców kosmetyków, preparatów ziołowych i odzieży. A usytuowana tuż obok komórka z umywalką służy za "samozwańczą" przymierzalnię. Akurat myję ręce, gdy wchodzi pogodna starsza pani z bluzką w ręku. Zaczyna zdejmować tę, którą ma na sobie. Prosi, bym została, by jej doradzić w kwestii ewentualnego zakupu. Mówi, że woli dłuższe, a ta, choć kolorystycznie śliczna, jest - jej zdaniem - zbyt krótka.
- Lubię takie, które zakrywają półdupki - oznajmia i z dezaprobatą wygładza na sobie bluzeczkę, która z przodu jest zdecydowanie krótsza niż z tyłu.
- To, że z przodu jest krótsza, w niczym nie przeszkadza, bo z przodu... - przerywam intensywnie myśląc, jak dokończyć to niezbyt fortunnie rozpoczęte zdanie, gdy domyślna kobieta kończy je z przemiłym uśmiechem:
- ... Bo z przodu nie ma półdupków!
- Kolejna urocza kawiarenka. Stoliki także na dworze. Ponieważ jest piękna pogoda, przeważnie są zajęte. Przy jednym siedzi mama z kilkuletnim chłopcem, któremu przed chwilą kupiła efektownie ozdobiony pucharek z lodami. Ale dziecko wstaje, by pobiec do pobliskiego "zagajniczka" z drzewami, a następnie wraca, bierze do ust łyżeczkę z porcją lodów i znowu znika wśród zieleni. Sytuacja powtarza się kilka razy. Wreszcie zniecierpliwiona rodzicielka bierze je za rękę, sadza na krześle i oznajmia podniesionym głosem:
- Siadaj! Nie rób siary!

Zakątek, który nazwałam "Przystań". Tutaj śmiałkowie uprawiają surfing. Niektórzy dopiero się uczą. Jeden z początkujących co kilka sekund ląduje w wodzie. Z brzegu instruktor krzyczy:
- Przesuń ciężar ciała na tylną nogę! (???)
- Dobra! - równie głośno odpowiada sportowiec.
A ja zastanawiam się, gdzie człowiek ma  p r z e d n i ą  nogę.

Polanka wśród drzew. Przechodząc obok, z daleka dostrzegam kilka osób i jakieś urocze zwierzątko. Ludzie zapraszają wołaniem i machaniem rąk. Podchodzę. Okazuje się, że to swoiste zooterapeutyczne poletko. Na ręku kobiety dostrzegam królika burgundzkiego (jak się później okazuje). Wokół jej męża krążą dwie alpaki. Pokornie pozwalają się głaskać i z ufnością patrzą w ludzkie oczy. Bardzo miłe doświadczenie.

W recepcji uzdrowiska leży sporo folderów oraz egzemplarze gazety zatytułowanej po prostu "W Uzdrowisku". W jednej z nich znajduję żarty zaczerpnięte z Internetu (co uczciwie odnotowano). Zapamiętałam jeden, chociaż przytaczam niedokładnie:
Do onkologa przychodzi mężczyzna z rybką.
- Ona kicha - mówi.
- I co z tego? - pyta lekarz.
- Niech pan coś na to poradzi - indaguje właściciel rybki.
- Ale ja nie leczę rybek!
- Jak to? Przecież podobno wyleczył pan raka!

Oto kilka okruchów urlopowych dni. Było ich więcej. Także kilka miłych spotkań. Szczególnie dwa. Pierwsze miało miejsce przed sanatoryjną jadalnią. Ktoś za moimi plecami zawołał:
- Pani jest z biblioteki pedagogicznej w Katowicach! Pani była u nas w szkole!
I padło moje nazwisko. Odwróciłam się. Zobaczyłam miłą nauczycielkę z technikum, w którym przeprowadziłam jakiś czas temu zajęcia na temat matury z języka polskiego. To był czas reformy egzaminu. Kilka dni później w recepcji odezwała się do mnie inna nauczycielka i przypomniała, że nierzadko do naszej placówki zagląda. Tak oto z wakacji (nie tylko tematycznie) znowu wracamy do szkoły.

wtorek, 28 lipca 2015

Największa wakacyjna przygoda.

Moja wakacyjna przygoda. - To temat, który przed laty zadałam uczniom klasy ósmej (tak, tyle klas wtedy liczyła szkoła podstawowa). Jeśli ktoś przeżył ich wiele, miał wskazać największą. Jeden z chłopców napisał - cytuję jego wypracowanie w całości i z góry przepraszam, że nie dokonałam żadnych skrótów, ale sądzę, że przeczytanie nie zajmie wiele czasu :) :
Mnie się nic nie przydarzyło.
Inny chłopak bardziej się wysilił. Jego pisemna wypowiedź była dłuższa (znów podaję całość):
Byłem w Żywcu i przywiozłem piwo dla taty. Bo jak bym nie przywiózł, to by było źle ze mną.
Po niemal ćwierćwieczu wspominam tamtą lekcję. I myślę, że jeśli wakacyjnych przygód brak, zawsze możemy pocieszyć się tymi, które zaaranżowali... pisarze czy reżyserzy. Czy wiecie, że istnieją setki (jeśli nie tysiące!) książek i sporo filmów poruszających ten temat? Ot, wspomnijmy choćby letnie rozrywki umysłowe Szatana z siódmej klasy Kornela Makuszyńskiego, wypoczynek Jacka, Wacka i Pankracka Miry Jaworczakowej, gdy szczęśliwie otrzymali promocję do drugiej klasy czy Wszystko inaczej Ireny Jurgielewiczowej, czyli... wakacje w mieście. Albo nad morzem (ale to już w Spotkaniu nad morzem Jadwigi Korczakowskiej). Dziś przedstawimy przykładowe utwory mające słowo wakacje w tytule. Niektóre mamy w zbiorach. Trudno było wybrać z obszernej listy. Ale wskazujemy te, które z jakiegoś względu są szczególnie warte odnotowania. W przypadku książek - w nawiasach jest data pierwszego wydania, a filmów - światowej premiery. Obok podajemy ów wzgląd, czyli kilka słów objaśnienia, dlaczego pozycja znajduje się na liście :)


KSIĄŻKI

  • Andrić Iwo: Wakacje na południu (1963, pol. 1988). Opowiadanie o wypoczynku austriackiego profesora i jego żony w nadmorskiej miejscowości. Oraz o jego tajemniczym zniknięciu. Ten słynny bośniacki pisarz był kiedyś w Polsce bardzo dobrze znany. Zatem może warto zajrzeć? 
  • Bahdaj Adam: Wakacje z duchami (1961). Urocza książka o chłopcach - detektywach. Przepraszam, jest jeszcze dziewczyna. Detektywka?
  • Ciwoniuk Barbara: Wakacje z gangsterem (2008). Odcięta od świata, z pozoru nudna wioska. Ale jest w niej sklep, a za ladą sympatyczny, młody sprzedawca. Ponadto - przystojny gangster. I dziewczyna. Szansa na miłość.
  • Domagalik Janusz: Koniec wakacji. Subtelna historia wakacyjnej miłości nastolatków.
  • Gierałtowski Jerzy: Wakacje kata (1970). Tytuł mrozi krew w żyłach! Dlatego się tu znalazł :).
  • Goscinny René: Wakacje Mikołajka (1962, pol. 1980). Reklama zbędna. Od pierwszego polskiego wydania doliczyłam się aż trzynastu! Ostatniego - w minionym roku. Z pewnością będzie więcej.
  • Kaden-Bandrowski Juliusz: Wakacje moich dzieci (1924). Znany przed wojną pisarz, autor m.in. powieści politycznych, ale także uroczego, świadczącego o wielkiej miłości do rodzicielki, wspomnieniowego Miasta mojej matki. Tym razem - znowu o rodzinie. Zawsze warto poczytać!
  • Kasdepke Grzegorz: Wakacje Potworaka (2003); Wakacje detektywa Pozytywki (2011). Kto lubi historie o kosmitach znajdujących się w... pocztowych przesyłkach, szczególnie zainteresuje się tą pierwszą pozycją.
  • Kołaczkowska Ewa: Wakacje pana burmistrza (1964). Autorkę ze szkolnych lat kojarzę, ale o tej książce nic mi nie wiadomo. Odnotowuję jej istnienie, bo może ktoś byłby zainteresowany tym, jak wypoczywa(ła) lokalna władza. :) A dlaczego czas przeszły? Proszę spojrzeć na datę pierwszego wydania. Potem były jeszcze dwa kolejne!
  • Letki Maria Ewa: Wakacje z Cynamonem (1981). Wypoczynek trójki dzieci w leśniczówce dziadka. Aha, Cynamon to kot.
  • Lipska Ewa: Wakacje mizantropa. Utwory wybrane (1993). Wybór poezji. Cóż za odmiana wśród tylu epickich dzieł!
  • Lisowska Janina: Wakacje Adasia (1928). Dlaczego w tym zestawie? Pierwszy powód to ten, że autorka pokazuje, jak wypoczywano w Polsce przedwojennej, a drugi - ładna nazwa serii, w której pozycja się ukazała: Biblioteka Książek Różowych! 
  • Mattson Ole: Wakacje nad morzem (1957, pol. 1960). Tę książkę szwedzkiego pisarza czytałam jako dziecko z prawdziwą przyjemnością. Tu wymieniam ją ze względów sentymentalnych :).
  • Montgomery Lucy Maud: Wakacje na starej farmie (1911, pol. 1994). Autorki reklamować nie trzeba. Kto ją lubi, przeczyta wszystko, co napisała!
  • Pisarski Roman: Wakacje w zoo (1966). Nazwisko autora jest - jak myślę - najlepszą reklamą pozycji. Czytałam w podstawówce!
  • Putrament Jerzy: Wakacje (1956). To z pewnością nie jest wybitne dzieło, ale podaję jako ciekawostkę, gdyż w latach 1956-1976 miało aż 5 wydań! 
  • Skompska Lucyna: Wakacje na guziku (1987). Zafrapował mnie oryginalny tytuł. Treść: wakacje na wsi.
  • Verne Jules, Dwa lata wakacji. Robinsonada o chłopcach, którzy oddryfowali z bezpiecznego portu i znaleźli się na bezludnej (do pewnego czasu) wyspie. Jedna z moich ulubionych. Oczywiście - książek, a nie wysp :).


FILMY

Teraz już będzie naprawdę krótko. Tylko kilka tytułów. A resztę... znajdźcie sami w dostępnych źródłach. To zadanie domowe (pomimo letniej pory)...

  • Bendelack Steve: Wakacje Jasia Fasoli (2007). Jaś wygrywa wycieczkę i wyjeżdża do Cannes. W drodze czekają go liczne przygody.
  • Bergman Ingmar: Wakacje z Moniką (1953). Letnia ucieczka do głuszy przed szarą rzeczywistością miasta.
  • McBride Jim: Wakacje gangstera (1997). Znudzony bukmacher zmienia klimat (na grecki), jednak wrogowie ścigają go. 
  • Tati Jacques: Wakacje pana Hulot (1953). Komedia. Tytułowy bohater wyjeżdża do cichego kurortu nad morzem, ale - pragnąc spokoju - niechcący i sobie, i całemu otoczeniu go odbiera.
  • Tirard Laurent: Wakacje Mikołajka (2014). Wymarzone wakacje Mikołajka w Bretanii.
  • Wyler William: Rzymskie wakacje (1953). Wszyscy chyba znamy ten film. Księżniczka Anna i urodziwy fotograf na pierwszym planie, a w tle - Wieczne Miasto. I mała dygresja. W ubiegłym roku także wypoczywałam w Rabce. W pobliżu dworca jest kawiarnia, a w niej (na ścianach) kilka zdjęć z tego filmu. Siedziałam przy stoliku, w towarzystwie, gdy nagle podeszła starsza pani z miłym uśmiechem i - wskazując na zdjęcie wyobrażające słynną scenę na motocyklu - powiedziała (lub zapytała, stwierdziła rzecz oczywistą - do wyboru): Kiedyś to byli mężczyźni, prawda?! Moja towarzyszka i ja ochoczo potwierdziłyśmy. A młodzieniec siedzący w pobliżu, nieco zasmucony, spuścił wzrok do stojącego przed nim talerza... I nawet (widząc jego zafrasowane oblicze) nieco żałowałam poprzedniego entuzjazmu...

PS. Łatwo dostrzec, że tak się ułożyło, iż połowa z sześciu wspomnianych filmów powstała w 1953 roku. To nie było zamierzone.