Miał mnóstwo pomysłów i jeszcze więcej talentów. Pisał, rysował (pięknie!), popularyzował naukę, chętnie konwersował (w kilku językach). KAROL SABATH (1963-2007). Gdzie się pojawiał, wiele się działo. Pamiętam (pisze p. Basia), gdy przed trzydziestu laty byliśmy – jako spora grupa młodzieży – we Wiedniu. Zwiedzaliśmy Muzeum Historii Naturalnej. W jednej sali był wyeksponowany olbrzymi dinozaur (na pewno miał dokładniejszą nazwę). Precyzyjnie - zajmował trzy sale. W pierwszej miał głowę, w drugiej – korpus, a ogon docierał do trzeciej. Gdy Karol go zobaczył, niemal oszalał ze szczęścia. Biegał, fotografował, notował. Cieszył się jak dziecko.
Urodził się w Katowicach, ale kilka wczesnych lat spędził w Afryce. Później uczęszczał do IV Liceum Ogólnokształcącego im. Marcelego Nowotki (obecnie gen. Stanisława Maczka). Z naszej biblioteki dojdziemy tam w kilka minut. Już wtedy wiedział, co chce w życiu robić i imponował rozległą wiedzą z zakresu paleontologii. Po maturze wybrał dwa kierunki studiów w Uniwersytecie Śląskim: biologię i nauki geologiczne. Ukończył je z wyróżnieniem. Kariera naukowa stanęła przed nim otworem.
Podjął współpracę z Instytutem Paleobiologii im. Romana Kozłowskiego Polskiej Akademii Nauk - najpierw jako asystent, a niebawem starszy asystent, wreszcie kustosz i konsultant naukowy Muzeum Ewolucji PAN. Był członkiem ekspedycji, np. na Pustynię Gobi. Prowadził zajęcia dydaktyczne z paleontologii kręgowców (w Uniwersytecie Warszawskim) i ewolucjonizmu (w kieleckiej Akademii Świętokrzyskiej w Kielcach i warszawskiej Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego).
Współpracował z naukowcami z całego świata i z redakcjami wydawnictw specjalistycznych (np. „Acta Palaeontologica Polonica”) oraz popularnonaukowych (np. "Świat Nauki", "Wiedza i Życie", "National Geographic Polska”). Współtworzył serwis Dinozaury.com. Przetłumaczył wiele książek (w bibliotece mamy Zanim człowiek stał się człowiekiem Roberta Foley’a, sygn. 155799). Współredagował podręczniki do biologii dla szkół ponadgimnazjalnych i hasła encyklopedyczne. Konsultował programy i wystawy o tematyce paleontologicznej. A rozpoczął bardzo wcześnie, wyrażając - jako uczeń szkoły podstawowej! – opinię na temat tworzonej wówczas w chorzowskim parku Skalnej Kotliny Dinozaurów. Kilka lat później napisał plansze informacyjne do tamtejszych eksponatów.
O dinozaurach wiedział chyba wszystko. Swoją pasją zapalał innych. Wszędzie go było pełno. W radiu, telewizji, muzeach, na obozach naukowych, festiwalach i piknikach. Zawsze z aparatem fotograficznym i notesem. Ludzie go lubili i chętnie słuchali, bo miał nie tylko rozległą wiedzę, umiejętność opowiadania, ale też niesamowite poczucie humoru.
Lubił rysować. We Wiedniu, gdzie byliśmy zimą, stały na ulicy walce do asfaltu, unieruchomione przez śnieg. Wyjął notesik i po chwili już miał narysowane „najpiękniejsze walce wiedeńskie”. Gdy wsiedliśmy do autokaru, w którym po włączeniu ogrzewania zaczął się topić szron na szybach, naszkicował „wykapany nasz autobus”. Nade wszystko jednak rysował dinozaury. Jego prace znajdują się w kilku muzeach oraz w Bałtowskim Parku Jurajskim i Parku Dinozaurów w Rogowie. Pisząca wspomnienie ma po nim taką, niestety, czarno-białą pamiątkę:
Do dziś nie wiemy, co się naprawdę stało, że opuścił nas tak młodo, w wieku 44 lat. Dziwna, nieznana choroba zaatakowała znienacka. Jego grób jest na cmentarzu w Katowicach-Bogucicach. Pozostały jednak wymierne dzieła. Nagroda jego imienia. Pamięć koleżanek i kolegów. Wspomnienie błyskotliwych ripost i głośnego śmiechu.
Można przeczytać Katarzyna A. Kaszycka, Karol Sabath (1963-2007), „Anthropological Review. The Official Publication of the Polish Anthropological Society ”, vol. 70 (2007), s. 86-87 (sygnatury: cz K XXII-5/80).
Poznałam go w ostatnich latach jego życia (pisze p. Basia). Mieliśmy taką specyficzną, "korespondencyjną" znajomość. Przepisywałam i nieco przeredagowywałam jego artykuły - wspomnienia. O ludziach, których spotkał. O wartościach, którym hołdował. O pracy, którą kochał. O filozofii dziejów, wynalazczości, odpowiedzialności moralnej badacza. Każdy list - maszynopis podpisywał odręcznym autografem, czyli skrótem "Di". Za rok minie dwadzieścia lat od jego śmierci. Piszemy o nim właśnie dziś, bo zmarł 14 listopada.
Profesor JANUSZ DIETRYCH (1907-2001) przez wszystkie lata swej pracy zawodowej stanowił uosobienie naukowej rzetelności, pracowitości oraz wierności stałym zasadom w zmieniającym się otoczeniu społecznym. Był niezłomny. Najpierw – jako żołnierz kampanii wrześniowej 1939 roku (podczas której dowodził baterią obrony przeciwlotniczej w Brygadzie Pancerno-Motorowej płk. Stefana Roweckiego), potem jeniec Murnau (dostał się do niewoli po bitwie pod Tomaszowem Lubelskim), wreszcie inżynier mechanik, wynalazca (posiadacz licznych patentów), profesor Politechniki Śląskiej, wieloletni pracownik Katedry Części Maszyn. Wspólnie z pełnymi zapału współpracownikami stworzył podwaliny pod nowoczesną naukę konstrukcji. Zaproponował i wyegzekwował zmianę nazwy przedmiotu "części maszyn" na "podstawy konstrukcji maszyn", co było konsekwencją jego interdyscyplinarnego spojrzenia na ten przedmiot, syntetyzujący elementy wielu dziedzin nauki. Chętnie dzielił się wiedzą i popularyzował ją (prowadził cykl wykładów na temat rysunku technicznego w regionalnej telewizji), a jednocześnie sam stale własne umiejętności doskonalił.
Był zadziwiająco pracowity. Napisał ponad 350 publikacji z zakresu metodologii, projektowania, etycznych i społecznych postaw inżyniera. Wypromował wielu magistrów i ponad trzydziestu doktorów. Znamy go jako współautora klasycznej pozycji Podstawy konstrukcji maszyn i autora fundamentalnych opracowań podejmujących między innymi kwestię etycznej odpowiedzialności badacza: System i konstrukcja oraz Istota i znaczenie racjonalizacji. To ostatnie stanowi nie tylko traktat naukowy, ale również - można by rzec - etyczny. Oto niektóre z myśli w nim zawartych:
Jesteśmy tyle warci, ile warte są kryteria, którymi kierujemy się w naszym życiu, w każdym naszym działaniu (...). Osobisty interes jest najsłabszym kryterium – może być nawet społecznie szkodliwym kryterium.
Słowa są wyrazem naszych możliwości intelektualnych oraz mocy duchowych.
Brak wiedzy i umiejętności nas nie usprawiedliwia, brak ten bowiem może być minimalizowany.
Miarą naszej odpowiedzialności są nasze możliwości. Warunkiem odpowiedzialności jest wolność.
Herezją współczesnych czasów jest traktowanie możliwości jako konieczności.
Człowiek jest stworzony do twórczości.
Profesor uczestniczył w licznych konferencjach międzynarodowych i filozoficznych dysputach z wybitnymi postaciami jego czasów, na przykład z gen. kapelanem Józefem Gawliną, ks. bp. Herbertem Bednorzem, Tadeuszem Kotarbińskim, Władysławem Tatarkiewiczem, św. Janem Pawłem II... Chętnie opowiadał o tych spotkaniach.
Nigdy nie uległ presji politycznej, nie podporządkował się żadnej ideologii niezgodnej z wyznawanym przez siebie systemem wartości. Pisał:
Jeżeli (...) świadomie nie działamy w kierunku dobra, to jesteśmy przyczyną zła.
Bez lęku przyznawał się do wiary, którą wyznawał. Był współzałożycielem Klubu Inteligencji Katolickiej (przez wiele lat również przewodniczącym Sekcji "Nauka-Wiara").
Bardzo lubił rozmawiać z młodzieżą. Zawsze znajdował dla niej czas. Był obecny na każdej inauguracji kolejnego roku działalności Duszpasterstwa Akademickiego. Wielu do dziś wspomina jego mądre rady, zachętę do odważnego bronienia wartości. Wygłaszał te słowa – nawet mocno już posunięty w latach – zawsze na stojąco. Powtarzał:
Jutro nie będzie lepiej, jeżeli dziś nic dobrego nie uczynimy!!!
Nigdy nie przypisywał winy warunkom, otoczeniu, innym ludziom. Zamiast narzekać – wolał działać. Najwięcej wymagał od siebie. Wiedział, że wszelkiej niesprawiedliwości i krzywdzie tamę można postawić tylko poprzez szerzenie dobra. I czynił to niestrudzenie.
W końcówce życia przeprowadził się do Warszawy-Wilanowa, skąd przysyłał wspomniane listy. Znalazł się tam ze względu na lepszą opiekę medyczną, którą w tym mieście mogła otrzymać jego sędziwa żona. Zmarł w niespełna dwa tygodnie po jej odejściu.
Do ostatnich dni życia pozostał aktywny intelektualnie. Dwie z jego licznych publikacji książkowych mamy w zbiorach. Fragmenty ich okładek stanowią ilustrację tego wspomnienia o człowieku naprawdę wielkiej miary. Człowieku z pasją tworzenia.
Jego największą pasją są podróże. Dalekie i bliskie. Samotne i w większej grupie (wówczas występuje w roli przewodnika turystycznego i realizuje kolejną ze swoich pasji). Jest też nauczycielem, poliglotą, spadochroniarzem, krwiodawcą… WITALIJ GAPONENKO. Mieszka na Sachalinie, czyli (prawie) na końcu świata. Zapraszamy Go do rozmowy…
Jest Pan mieszkańcem Jużnosachalińska. To daleko od Polski. Gdzie dokładnie leży to miasto?
Nasze miasto jest stolicą obwodu sachalińskiego, jedynego w Rosji, który znajduje się na wyspach. Od Polski to w przybliżeniu 11000 kilometrów. Na wschód od nas jest tylko Pacyfik, na południu – Morze Japońskie i Japonia (w odległości około 45 kilometrów).
Podróżując po Europie odwiedza Pan także Polskę. Zna Pan język. Skąd zainteresowanie naszym krajem? Moja miłość do Polski rozpoczęła się jeszcze w szkole. Może nie uwierzycie, lecz u nas na lekcjach historii poznawaliśmy historię Polski od Mieszka I do Batorego, Poniatowskiego, Czartoryskiego i Piłsudskiego. Imiona Tadeusza Kościuszki i Konstantego Kalinowskiego też są nam znane. Na lekcjach literatury uczyliśmy się fragmentów utworów Adama Mickiewicza („Dziady”, „Pan Tadeusz”). W naszym Muzeum Krajoznawczym jest obszerna ekspozycja poświęcona Polakom wysłanym na katorgę na wyspę Sachalin, a obok na placu stoi pomnik Bronisława Piłsudskiego, uczonego, etnografia, brata Józefa Piłsudskiego. W latach 60-tych popularne u nas było wszystko, co polskie: moda, kino, odzież, perfumy. W kioskach sprzedawano polskie czasopisma: „Ekran”, „Panoramę”, „Życie Warszawy” i „Żołnierza Wolności”. Prawda mówiąc, nie wiem, kto to czytał - na wyspie nie ma Polaków, no chyba tylko ich potomkowie [zesłańców]. W tamtych latach bardzo popularne było korespondowanie z równolatkami z krajów obozu socjalistycznego. Pisałem listy do mieszkańców Polski, Bułgarii, Jugosławii i NRD. Z jedną Polką - Beatą Krasowską, warszawianką - utrzymujemy kontakt listowne do tej pory, a nasze pierwsze spotkanie odbyło się po 35 latach! Sam zacząłem uczyć się polskiego korzystając z popularnego podręcznika Wasilewskiej i Karolaka [Wacław Bisko, Stanisław Karolak, Danuta Wasilewska: Mówimy po polsku]. Od tego czasu, zwłaszcza bywając w Polsce, staram się doskonalić ten język.
Odwiedzał Pan Polskę wielokrotnie. Czy da się zaobserwować zmiany na przestrzeni lat?
Oczywiście, od pierwszej wizyty w Polsce w latach 80-tych, gdy w pamięci utkwił mi ogromny targ na Stadionie [Narodowym] w Warszawie, kraj przeszedł ogromne zmiany na lepsze: nowe drogi, budynki, centra handlowe. Bardzo lubię Polaków. Wśród moich znajomych jest wiele osób z różnym wykształceniem i przedstawicieli różnych zawodów: policjant, prawnik, urzędnik, dozorca, pielęgniarka, nauczyciel w szkole zawodowej, strażak, emeryt, górnik, nauczyciel przedszkola i inni. Wszyscy są bardzo przyjaźni i gościnni, u wielu z nich przebywałem w domu, w rodzinie. Niektórzy byli u nas na Sachalinie. Zapraszam do odwiedzenia naszej wyspy, zawsze chętnie poznaję nowych ludzi.
Wrażenia z Katowic?
Bardzo spodobało mi się Wasze miasto, zwłaszcza nowe muzeum [Muzeum Śląskie]. Dużo ciekawych pomników.
Kraje, miasta, które Pan odwiedził? Co najbardziej zaskoczyło, zdziwiło?
Trudno je wymienić, przecież byłem w 51 krajach. I wszędzie jest coś wyjątkowego i niezwykłego. Bardzo lubię Tatry, Beskidy, Kraków i Pragę, mogę je odwiedzać wielokrotnie. Jeśli mówimy o Azji, to jest to ukryta w dżungli świątynia Angkor Wat w Kambodży.
Czy jest takie miejsce, które według Pana każdy powinien zobaczyć?
Niełatwo odpowiedzieć na to pytanie, bo każdy rozumie to po swojemu. Być może Kraków, Pragę, Jerozolimę, Egipt (nie plażę), Kambodżę, fiordy Norwegii, Antarktydę.
Jest Pan nie tylko podróżnikiem, ale i przewodnikiem turystycznym. Doskonale zna Pan historię i kulturę Sachalina. Dokąd prowadzi Pan wycieczki i na co zwraca uwagę uczestnikom wypraw?
W zasadzie są to wycieczki po rodzimej wyspie. Każdego tygodnia wybraną klasę zabieram na przechadzki do lasu, w góry, oglądamy wodospady, wulkany, wybrzeże morskie – wszystko to, co jest blisko nas, tuż obok. Te wycieczki uczą dzieci kochać swój kraj, swoją wyspę, swoją Ojczyznę. Uczą także prostego życia w lesie: jak poprawnie postawić namiot, rozpalić ognisko, zdobyć wodę, pokarm i tak dalej. Opowiadam również o historii danego miejsca, o roślinach i minerałach, które są wokół nas. Podczas wakacji, jesienią, zimą i wiosną organizuję podróże do kulturalnej stolicy Rosji - Sankt-Petersburga, do pobliskich krajów - Chin, Japonii, Korei. Moim celem jest zapoznanie dzieci z życiem naszych najbliższych sąsiadów, zaznajomienie ich z dawną kulturą Wschodu. Także teraz, wiosną, od 25 marca do 1 kwietnia [w tym czasie był przeprowadzany wywiad] z grupą 30 uczniów jedziemy do Chin, do miasta Changchun. Latem, w czasie urlopu (72 płatne dni), podróżuję sam po Europie czy Azji.
Na co dzień pracuje Pan w szkole, ucząc dzieci i młodzież geografii. Co jest lepsze – lekcje w szkolnych ławkach czy w terenie?
Lekcje w terenie są przepięknym i ciekawym dopełnieniem wiedzy uzyskanej w szkole. Tego nie zastąpi żadna teoria.
Swoją przygodę z nauczaniem rozpoczął Pan dość późno. Najpierw było spadochroniarstwo, Szkoła Morska i kilka lat spędzonych na statkach rybackich i handlowych. Co skłoniło Pana do porzucenia podróży morskich i zajęcia się kształceniem młodych ludzi?
Spadochroniarstwo zafascynowało mnie jeszcze w szkole, w 10 klasie, wtedy uzyskałem drugą kategorię sportową. Potem studiowałem w Szkole Morskiej [w Niewielsku](4 lata), pracowałem we flocie (16 lat). W tym czasie studiowałem zaocznie w Instytucie Pedagogicznym [w Jużnosachalińsku] (fakultet geografii, 5 lat), później na Uniwersytecie Kijowskim [Kijowski Uniwersytet Narodowy] (kierunek: Orientalistyka z podstawami języka japońskiego). Też zaocznie. W wieku 50 lat przeszedłem na emeryturę. Na Sachalinie mężczyźni osiągają wiek emerytalny po ukończeniu 55 lat, kobiety - 50 lat, lecz przedstawiciele niektórych zawodów związanych z ciężką pracą (np. strażacy, górnicy, marynarze) – odchodzą na emeryturę odpowiednio w 50 i 45 roku życia. Już od 30 lat pracuję w Liceum.
Od wielu lat jest Pan także honorowym krwiodawcą. Z jakich powodów oddaje Pan krew?
Tak, jestem honorowym krwiodawcą ZSRR i Rosji. Za to państwo przyznaje mi pewne ulgi, np. 50% zniżki na wszystkie usługi komunalne i bezpłatny przejazd komunikacją publiczną. Po osiągnięciu 65 lat przestałem oddawać krew (prawo). Policzyłem, że w tym czasie oddałem 97 litrów krwi! Żałuję, że nie udało mi się oddać 100 litrów! Kiedy wiesz, że twoja krew ratuje czyjeś życie, masz satysfakcję.
Wróćmy jeszcze na chwilę do podróży. Wiąże się z nimi znajomość języków obcych. Iloma językami Pan włada? Przyswojenie którego z nich było proste, a który sprawił najwięcej trudności?
Znajomość chociażby jednego języka obcego ułatwia kontakt, daje możliwość zdobywania nowych informacji, a to zawsze przydaje się w podróży. Najłatwiejsze do studiowania są spokrewnione języki słowiańskie - polski, czeski, bułgarski (uczyłem się ich samodzielnie). Znam je na poziomie komunikatywnym, lecz dla poważnej pracy nie jest to wystarczające. Oprócz tego - angielski, trochę niemiecki - w zakresie szkoły średniej. Japoński studiowałem w instytucie, wiele nauczyłem się podczas pracy w flocie, kiedy odwiedziłem Japonię ponad 80 razy. Mówię trochę po koreańsku (w dzieciństwie, do 16 roku życia mieszkałem w sąsiedztwie kilku koreańskich rodzin) i po chińsku (bardzo często tam bywam).
Jaka jest skuteczna metoda nauki języków obcych?
Trudno odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Metod jest dużo. Każdy musi wybrać tę, którą uważa za najbardziej efektywną. Opowiem, jak ja to robię. Lepsze efekty przynosi codzienny kontakt z językiem po 15-20 minut, niż dwa razy w tygodniu po dwie godziny. Warto codziennie rano starać się zapamiętać 5-6 nowych słówek. Nawet jeśli na trwałe w pamięci zostanie tylko połowa, to i tak w ciągu miesiąca jest to już 90. Ważne jest także, by czytać książki , czasopisma, słuchać piosenek i oglądać filmy w języku, którego się uczymy. Dobre efekty przynosi także korespondencja w danym języku i podróże. Najważniejsza jest systematyczność.
Jakie gatunki literackie lubi Pan czytać?
Lubię rosyjską klasykę, literaturę historyczną i krajoznawczą, biografie znanych ludzi.
Ponieważ jesteśmy na blogu bibliotecznym, obowiązkowe wydaje się pytanie o ulubioną książkę. Którego z pisarzy – klasyków i współczesnych – ceni Pan najbardziej?
Na zakończenie – czy warto podróżować na Sachalin? Jak zachęciłby Pan do odwiedzenia tej niezwykłej wyspy?
Naprawdę warto przyjechać i zobaczyć tę dziwną wyspę, która leży na końcu świata. Obejrzyjcie fotografie, które są pokazane na wystawie w bibliotece i dowiedzcie się nowych, ciekawych rzeczy [w PBW mamy interesującą ekspozycję]. Zapraszamy z wizytą!
Wystawa w PBW - fot. A. Marcol
Dziękujemy za rozmowę!
Ps. Witalij Gaponenko lubi – jak powiedział – poznawać ludzi, więc zaprasza do kontaktu: gvd_sensei@mail.ru. Ponadto zachęca do zobaczenia filmu o olśniewającej przyrodzie Sachalina:
Wszystkie fotografie (poza prezentującymi wystawę w PBW) pochodzą z archiwum W. Gaponenki.
Dzisiaj proponujemy spotkanie z Panią JANINĄ KOWALIK. Nasz Gość to góralka z urodzenia, Ślązaczka z wyboru, jak napisał wydawca drugiego tomiku jej poezji. Autorka wierszy, miłośniczka historii i książek, a prywatnie - kochająca i energiczna mama oraz babcia.
Przyszła na świat w Koszarawie (niedaleko Żywca), w burzliwym roku 1940, ale swe dorosłe życie związała z Zabrzem. Od połowy lat 70. ubiegłego wieku pisze wiersze. Z potrzeby serca. Z miłości. Dla i o najbliższych. Z okazji urodzin dzieci. Z okazji pierwszokomunijnej uroczystości. Dla przyszłej synowej... Dokumentuje ulotne i ważne chwile. Codzienność i święta. Umie się zachwycać. Podziwia przemiany pór roku. Fale marszczące się na jeziorze. Dzikie gęsi. Majestatyczne drzewa. Rozmyśla nad przemijaniem. Nad tajemnicą życia i nieodłącznie związanego z nim cierpienia. Ogarnia świat sercem i spojrzeniem pełnym czułości (kursywa oznacza nawiązanie do jednego z tytułów). Mądra, wypróbowana przez odmiany losu dobroć przebija z tych wersów.
Najpierw jej twórczość trafiała do szuflady. Jednak po wielu latach ujrzała światło dzienne. Pierwszy tomik - Korzenie - niskonakładowy, dziś już niemal niedostępny, ukazał się w Nisku w 1998 roku. W dłoniach trzymam drugą publikację - Kalendarz zdarzeń, wiersze wybrane 1976-2014 - wydaną w Zabrzu w 2014 roku. Poprosiłam Autorkę o odpowiedź na kilka pytań. Rozmowę ilustrujemy obrazkami z "Jej" Beskidu Żywieckiego.
Wydawca II tomiku Pani poezji napisał w notce „góralka z urodzenia, Ślązaczka z wyboru”. Czy mogłaby Pani powiedzieć kilka słów o tym, jak z gór trafia się na Śląsk?
Można powiedzieć, że na Śląsk trafiłam mimo wszystko nieco przypadkowo. Takie były czasy, że rąk do pracy brakowało i przyjeżdżali tu wówczas ludzie z wszystkich stron kraju. I tak też, za pracą, przyjechał mój mąż, a wkrótce potem i ja za nim. Wybraliśmy lepsze życie.
Z Beskidu Żywieckiego, gdzie się urodziłam i wychowałam, dużo osób wyjechało do pracy w śląskim przemyśle. Pamiętam, że często się u nas pojawiali przedstawiciele zakładów przemysłowych, już w szkołach opowiadali nam, jaka dobra praca czeka, jakie mieszkania duże, jakie płace wysokie; można powiedzieć, że nas niejako werbowali. Oczywiście werbowali nie tylko górali, pojawiali się także w innych regionach. Ale od nas było dość blisko, więc wielu się dało łatwo namówić.
Mieszkanie otrzymaliśmy, praca była, nie było na co narzekać. I tak z czasem wrośliśmy w Śląsk, zakorzeniliśmy się. A z czasem nawet zaczęliśmy się ze Śląskiem, a z Zabrzem zwłaszcza, utożsamiać.
Z opowieści moich rodziców pamiętam, że ludzie z Koszarawy i okolicznych wiosek jeździli na Śląsk już przed wojną. Jeździli do Prus, jak to się u nas mówiło. Nasz region słynął z rękodzieła, wyrobów z drewna, które potem śląskie gospodynie kupowały. Wtedy były to jednak wyjazdy na jeden, dwa dni, po prostu na handel. Po wojnie już wyjeżdżało się na stałe, za pracą, tak jak ja.
Może teraz pomówimy o Pani wierszach. Jak to pisanie się zaczęło? Dlaczego?
Od początku ciągnęło mnie do słowa pisanego, a to dzięki postawie mojego wuja, który czytając na głos, podrzucając mi pierwsze książki, zaszczepił we mnie chęć czytania, więcej i więcej. Po przeprowadzce do Zabrza pasję tę mogłam kontynuować, bo zasobność tutejszej biblioteki była nieporównywalnie większa od biblioteki w Koszarawie. Dzięki temu, prócz klasycznych powieści, mogłam do woli przebierać również w poezji, czytać kolejnych autorów, poznawać ich. Spodobało mi się, w jaki sposób budują klimat, opowiadają o pięknie przyrody, ważą słowa, niemal komponują melodie swej opowieści. Założyłam sobie wtedy takie zeszyty, do których przepisywałam fragmenty, czasem całe strofy, a czasem tylko pojedyncze wersy. Zebrało mi się tego 11 pełnych zeszytów.
I chyba tak naturalną koleją rzeczy postanowiłam, by poezję nie tylko czytać, ale spróbować również tworzyć. Może troszkę naiwnie, marzycielsko, stworzyłam swoje pierwsze utwory. A potem było ich coraz więcej, w życiu pojawiły się wnuczki, a z nimi dużo okazji do tworzenia. I tak już zostało.
Jak doszło do wydania I tomiku? Czy to była Pani inicjatywa?
To absolutnie nie była moja inicjatywa, to była wręcz niespodzianka dla mnie. Zawsze pisałam dla wąskiego grona odbiorców, dla najbliższej rodziny, na różnego rodzaju imprezy, rocznice, ważne momenty. I podczas jednej z takich właśnie imprez wiersze usłyszeli bratankowie mego męża, Tadeusza, i chyba im się te wiersze spodobały, bo poprosili, by im kilka przesłać. Okazało się, że faktycznie wiersze im się spodobały na tyle, że postanowili je wydać. Jeden z nich był franciszkaninem w Niepokalanowie i z racji powierzonych przez zakon funkcji współpracował z tamtejszą słynną drukarnią, co sprawę ułatwiło. I tak pewnego dnia listonosz przyniósł nam paczkę, a w niej kilkadziesiąt egzemplarzy tomiku „Korzenie”. To byłą piękna niespodzianka, która dodała mi skrzydeł i zachęciła do dalszego pisania.
W Pani wierszach dostrzegam coś z uroczej prostoty i miłości do ludzi, cechującej poezję Leopolda Staffa, ale także Leśmianowe „przeżywanie” piękna przyrody. Jakich poetów Pani najchętniej czyta?
Bliscy mi są poeci klasyczni, można powiedzieć, że ci „starej daty”. Często i namiętnie czytałam wspomnianych Staffa i Leśmiana. To od nich trochę zaczynałam swoją przygodę z poezją, zachwycałam się ich wierszami, sposobem pisania o przyrodzie. Ale wydaje mi się, że najbliższy jest mi Przerwa-Tetmajer, którzy tak pięknie opisuje góry, z takim znawstwem maluje górskie mgły, rysuje szczyty. Urodziłam się i wychowywałam z widokiem wprost na Pilsko, co roku jeżdżę do rodzinnego domu na Mrowców Groniu, dlatego Tetmajer niezmiennie zachwyca mnie swoim sposobem pisania o górach, które i ja tak kocham. Oczywiście Kasprowicz ze swoimi górskimi tematami, ze swym słuchem dla szumu drzew, wiatru, też towarzyszy mi ze swoją poezją od wielu lat, a jego wiersze mam przepisane we wspomnianych zeszytach.
Może coś jeszcze o ulubionych pisarzach, tym razem o prozaikach. Są tacy?
Oj, wielu, naprawdę wielu. I chyba znów będą to głównie nazwiska klasyków. Eliza Orzeszkowa, Lew Tołstoj za „Opowieści o miłości”, Irwin Shaw za „Hotel św. Augustyna”. Ale ostatnio bardzo dużo czasu poświęcam też na książki historyczne, popularnonaukowe, ale pisane dobrym piórem. Dlatego niezwykle wysoko cenię Pawła Jasienicę.
Gdy byłam młodsza, książki były drogie, a nam się nie przelewało, więc czytałam głównie egzemplarze biblioteczne. Ale postanowiłam sobie wtedy, że kilkanaście książek, które najbardziej mną wtedy poruszyły, najbardziej złapały za serce, na pewno kiedyś kupię. Stworzyłam sobie listę lektur, które po prostu muszę mieć. I, dzięki Bożej pomocy, wiele z nich udało mi się już nabyć. Może nie tylko dzięki Bożej pomocy, ale też dzięki pomocy synowej, która biegła jest w Internecie i na aukcjach wyszukała mi książki z mojej listy marzeń.
Niektóre z nich są już prawie niedostępne, długo się ich naszukaliśmy. Ale moim zdaniem to perełki literatury. „Niczyjak” Jana Kurczaba, „Jak wilk w głuszy” Astera Berkofa to niesamowite książki, wciągają, wzruszają, cieszę się, że je mam i w każdej chwili mogę po nie sięgnąć.
Z Pani wierszy wyczytać można także głęboką zgodę na to, co niesie los i wielką mądrość życiową. Jakie jest Pani życiowe motto? Co jest najważniejsze?
Trudno powiedzieć, czy to faktycznie mądrość życiowa, ale trochę już tych zim minęło, trudno wojować z losem i z Panem Bogiem. Zawsze sobie powtarzałam, że życie jest pełne obietnic, ale trzeba przede wszystkim żyć zgodnie ze sobą, nie zapominać o rodzinie, o honorze, o sumieniu. Może to trywializmy, ale po prostu trzeba pamiętać, że jest się tylko człowiekiem, który się kiedyś zestarzeje i może mu wtedy sił już braknąć na paniczne naprawianie błędów młodości.
Gdyby miała Pani zachęcić (szczególnie młode pokolenie) do czytania poezji, co by Pani powiedziała?
Młodzież ma teraz tyle odskoczni, tyle wyimaginowanych rzeczywistości, filmy, gry, Internet. Ktoś trafnie powiedział, że technologia odrealnia od rzeczywistości. Trudno się dziwić, że nie mają czasu na poezję, która wymaga więcej uwagi, skupienia. W filmach czy książkach dla młodzieży są piękne historie, ale wszystko jest takie bezpośrednie, wyjaśnione od początku do końca, nie ma miejsca na czytanie między wierszami, nie ma tej muzyki słów. Młodzież potrzebuje akcji, nie ma czasu na liryzm.
Myślę jednak, że co ma być, to będzie, i jeśli ktoś tylko czyta, nie oduczył się jeszcze, to może prędzej czy później znajdzie poezję dla siebie. Trzeba sugerować, a nie zmuszać, polecać, ale nie nastawiać. Niech się może nawet zrażą jednym czy drugim autorem, aby znaleźć coś dla siebie. A kiedy tylko człowiek znajdzie coś swojego, coś bliskiego, to już przepadł. Tak jak ja w zbiorach Miejskiej Biblioteki Publicznej, ładnych kilka dekad temu.
Czyli – warto czytać (i pisać wiersze)?
Nie warto. Trzeba! Dziękuję za rozmowę, która wiele mnie nauczyła!
Co jakiś czas prezentujemy "Człowieka z pasją". Dziś nie będzie tradycyjnego wywiadu, gdyż ta Pani liczy już sobie... trochę lat (za chwilę przeczytamy, ile), więc wywiad też by ją może nieco zmęczył, ale po prostu przedstawimy kilka fragmentów jej szczególnej biografii (pisze p. Basia, dumna, że zna ją osobiście). Zresztą, szczegółowo opowiedziała o sobie niejeden raz. Te świadectwa są dostępne w Internecie.
Na przykład... 7 kwietnia 2016 r., w Auditorium Maximum UJ odbyło się ósme spotkanie z cyklu Przeżyliśmy Auschwitz, zorganizowane przez Koło Naukowe Historyków Studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego. Tym razem w wypełnionej po brzegi sali - ponad 1200 osób! -gościła Pani Walentyna Ignaszewska-Nikodem. Zebrani słuchali z ogromną uwagą. Ich skupione, czasem zamyślone twarze można zobaczyć w nagraniu dostępnym na YouTube. Pani Walentyna. Kobieta z pasją. Od lat zaangażowana po stronie Prawdy. Walcząca o nią. Cierpiąca za Nią. Odważna. Niezwykła. Chodzi ulicami Katowic-Koszutki. Niska, drobna, pogodna. Cicha bohaterka.
Przyszła na świat 14 lutego 1922 r. w Łodzi. Prędko musiała dorosnąć, gdyż Historia wkroczyła w jej życie z całą brutalnością w pamiętnym Wrześniu 1939 r. Zaangażowała się w działalność konspiracyjną w Polskiej Organizacji Wojskowej, której komendantem był jej ojciec, Ignacy, później zakatowany przez Gestapo. A ona została łączniczką o pięknym pseudonimie "Kalina". I niebawem ją aresztowano. Wraz z matką przebywała we więzieniu od maja do października 1940 r. Kobiety były zakładniczkami, gdyż naprawdę szukano Ignacego. Nie miały tu nawet pryczy. Siedziały na drewnianej podłodze, którą co rano musiały myć i znowu cały dzień na niej siedzieć.
Wreszcie wyszły na wolność, którą cieszyły się krótko, bo w kwietniu następnego roku po raz drugi trafiły za kraty. Z łódzkiego więzienia wywieziono je (16 lipca 1942 r.) do KL Auschwitz. Tam stały się "numerami". Pani Walentyna otrzymała numer 8737, jej Matka - 8738.
Codzienność obozowa, to tylko herbata o smaku trawy na śniadanie, zupa z pokrzyw na obiad, a wieczorem - czarny chleb, czyli trociny zmieszane z czymś niezidentyfikowanym, margaryna i dżem z buraków. Raz w tygodniu - kawałek końskiej kiełbasy. I ciężka praca.
Wkrótce przeniesiono ją do Birkenau. Tu - na początku - upokarzające golenie. Nago. Płacz. Pokrzepiające słowa fryzjera, zmuszonego do wykonania tej czynności: Dziecko, nie płacz, nie wstydź się. To oni się powinni wstydzić tego, co z wami robią. Tu pracowała między innymi przy budowie dróg, w obozowym magazynie chleba i paczkarni. Także w karnej kompanii. Ponadto pomagała kobietom, które urodziły w obozie dzieci, była matką chrzestną niektórych niemowląt. Znowu ciężka praca, brud, pluskwy, pchły, wszy, strach...
6 grudnia przypadł dzień odwszawienia. Wszystkie kobiety musiały wyjść nago na pole. Stały tak - w mrozie i deszczu padającym na przemian ze śniegiem - od 4.00 rano do 4.00 po południu...
W październiku 1944 r. przetransportowano ją do Drezna, do jednego z podobozów KL Flossenbürg. Pracowała w fabryce zbrojeniowej. Tuż przed zakończeniem działań wojennych, w kwietniu 1945 r., udało jej się uciec. Ukrywała się w Saksonii aż do wyzwolenia. Jeden z francuskich oficerów zaproponował jej transport z wojskiem na Zachód. Odmówiła. Chciała wrócić do Polski, do brata i siostry. Matka już nie żyła. W Auschwitz szeptała córce, żeby się nie załamała, bo przetrwają to piekło. I przetrwała tylko córka.
Po powrocie do Polski wyszła za mąż za Damazego Nikodema, z którym zamieszkała w Katowicach.
Lata powojenne. Krótko (1950-1951) pracowała w Wytwórni Sprzętu Elektronicznego w Katowicach, a potem, już dłużej (1951-1975), w Centralnym Zarządzie Budownictwa Węglowego W 1975 r. przeszła na emeryturę.
I ten czas nie był dla niej spokojny. W Polsce wprowadzono stan wojenny. W latach 1982-1983 zaangażowała się w kolportaż pism podziemnych i książek niezależnych wydawnictw. Pomagały jej w tym dzieci (Anna i Adam). 2 grudnia 1983 r. została zatrzymana na dobę w KW MO w Katowicach.
Nastąpił 1989 r. Znowu zaangażowała się społecznie. Tym razem w kampanię przed wyborami 4 czerwca.
Wreszcie miniony, 2016 rok. Piątek, 29 lipca. Auschwitz. Dziedziniec przed Blokiem 11, czyli Blokiem Śmierci. W grupie dwunastu byłych więźniów spotkała się z papieżem Franciszkiem. Był wyraźnie wstrząśnięty tym, co zobaczył i usłyszał. Otrzymała fotografie z tego wydarzenia. Zgromadziła je w specjalnym albumie. Pokazuje w skupieniu. Oglądam. Trudno cokolwiek komentować. Lepiej zamilczeć.
Jest jeszcze jeden ogromny obszar jej działalności. Zaangażowanie w pomoc materialną i edukacyjną dla najbiedniejszych tego świata, świadczone po cichu i niemal bezszelestnie. Czasem komuś pokaże zdjęcia wykształconych przez siebie młodych ludzi z Azji czy innych części globu albo o nich opowie. Dyskretnie, półgłosem. Całe jej trudne życie mogłoby stać się tematem filmu. Niejednokrotnie doceniani są ci, którzy niewiele mają do powiedzenia. Gloryfikuje się takich, którzy mało przeżyli lub dopiero stoją na początku drogi, która nie wiadomo, jak się zakończy. Ją o wspomnienia prosi się nieczęsto. Ale gdy usłyszy zaproszenie, opowiada. Aby zaświadczyć o Prawdzie.
Dziś, z okazji Światowego Dnia Kota, chciałybyśmy przedstawić naszym Czytelnikom gościa specjalnego. Kobietę z pasją. :)
CZŁOWIEK:Dominika Płuza Z PASJĄ: wolontariuszka, miłośniczka zwierząt (szczególnie kotów), pomysłodawczyni projektu "Kot w worku".
rys. Dominika Płuza
1. Czym jest "Kot w worku"? "Kot w worku" to comiesięczna paczka pełna miłych niespodzianek dla kociarzy i ich kotów, w której zawsze znajduje się minimum 5 rzeczy, wśród nich są gadżety dla ludzi i kocie skarby dla milusińskich. Do dnia dostarczenia paczki w ręce odbiorców jej zawartość jest owiana tajemnicą. To dokładnie przysłowiowy kot w worku, ale tutaj mamy gwarancję, że osoba go przygotowująca stara się z całych sił, aby jego zawartość była satysfakcjonująca.
fot. Dominika Płuza
2. Skąd wziął się pomysł na "Kota w worku"? Od czego się zaczęło? Zaczęło się chyba od pracy w schronisku dla zwierząt, bo tam pokochałam koty i całe moje dalsze życie skupia się wokół nich. Z kolei sam pomysł można powiedzieć, że spadł mi z nieba. Pamiętam, jak siedząc w pociągu jadącym z Włocławka do Torunia czytałam gazetę "Pierwszy Milion". Był tam artykuł o dwóch dziewczynach, które znalazły swoją niszę w jakiejś branży, następny artykuł był o tym, żeby zastanowić się, w czym od zawsze jest się dobrym i co jest naszą pasją. Na te dwa pytania łatwo znalazłam odpowiedź: koty, koty i jeszcze raz koty! Czytałam dalej i nagle wpadł mi do głowy pomysł „GlossyBox* dla zwierząt”! Pierwszy plan dotyczył boxów dla psów i kotów, jednak w przeciągu kilku godzin od wpadnięcia na pomysł, szybko z przyjaciółką stwierdziłyśmy, że lepiej skupić się tylko na kotach. Specjalizując się w jednej dziedzinie, można osiągnąć lepsze efekty i zaproponować fajniejszą ofertę. Kilka dni kolejnych poszukiwań i rozważań przyniosło decyzję, że w paczce znajdzie się też coś dla właścicieli czworonogów. *zestawy kosmetyków do testowania, zamawiane na zasadzie subskrypcji z dostawą do domu.
fot. Dominika Płuza
3. Co Pani najbardziej lubi w tej pracy? Jakie było najprzyjemniejsze zdarzenie związane z działaniami kotoworkowymi? Najbardziej lubię to, że daję radość. :-) Uskrzydlające jest również nawiązywanie fajnych relacji nie tylko z partnerami "Kota w worku", ale też z obserwatorami i klientami. Kotoworkowicze* nie są zwykłymi klientami, jasne, że zdarzają się osoby, które raz kupią box i już nigdy do mnie nie wrócą. Jest ich pewnie całkiem sporo, ale jest też bardzo dużo osób, z którymi łączą mnie setki wymienionych komentarzy, nocne rozmowy na Facebooku, a czasami nawet i telefony. Wiemy o sobie wiele, uczestniczymy w ważnych momentach swojego życia i wspieramy w trudnych chwilach. Z niektórymi osobami naprawdę się zaprzyjaźniłam. To chyba dość nietypowa sytuacja. Dzięki tym relacjom w chwilach zwątpienia szybko nabieram sił. Praca nad "Kotem w worku" pochłania bardzo dużo energii, a ciepłe słowa i wsparcie Kotoworkowiczów wynagradzają wszystko. ;-) *subskrybenci "Kota w worku"
fot. Dominika Płuza
4. Co jest trudne w prowadzeniu takiego przedsięwzięcia? Czy zdarzają się sytuacje nieprzyjemne? Jak Pani sobie z nimi radzi? Nie umiem jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, bardzo się staram, aby każdy aspekt działalności funkcjonował na najwyższym poziomie. Z kolei za każdy poziom funkcjonowania "Kota w worku" jestem odpowiedzialna tylko ja, więc tych kłód pod nogi bywa wiele. Być może właśnie najtrudniejsze jest to, że nie mam do pomocy osób, które byłyby decyzyjne i mogły mnie odciążyć w pewnych funkcjach, jednak na obecnym etapie działalności muszę jeszcze radzić sobie z pewnymi rzeczami sama. Bycie odpowiedzialnym za komunikację w social mediach, stworzenie treści, promocję, sprzedaż, obsługę klienta, skompletowanie składu boxów, pilnowanie terminów, spraw księgowych i prawnych, spakowanie i przygotowanie boxów do wysłania [w tych dwóch ostatnich etapach, na szczęście, może pomóc mi rodzina] przez jedną osobę jest dosyć trudne (choć w tym przypadku "dosyć trudne", to zbyt łagodny zwrot ;-) ). Czasami któreś ogniwo psuje się w najmniej odpowiednim momencie. Właściwie, jak się psuje, to tylko w najmniej odpowiednim momencie, wtedy przychodzi 5 minut płaczu, a potem staram się jakoś z tym poradzić, bo przecież nic innego nie mogę zrobić, jak tylko sobie poradzić. "Kot w worku" ma już prawie rok, ten czas nauczył mnie, że jeśli nie mam na coś wpływu, to pozostaje mi nadzieja, że dam radę to przezwyciężyć i wszystko potoczy się tak, aby było dobrze. Z problemami trzeba sobie radzić pozytywnym nastawieniem, bez niego wszyscy zwariujemy. ;-)
fot. Dominika Płuza
5. Co Pani myśli o modnym ostatnio określeniu "crazy cat lady"? Czy uważa je Pani dobre zastępstwo nieco negatywnie nacechowanego słowa "kociara"? Ani jedno, ani drugie określenie mi nie przeszkadza. Myślę, że prawdziwa kociara nigdy nie odbierze takiego słowa negatywnie, tak jak jej koty, tak i ona zna swoją wartość. :-) Crazy cat lady odbieram bardziej żartobliwie, kojarzy mi się z zagranicznymi komiksami. Koty to bardzo inteligentne i psotne istoty, aby żyć pod jednym dachem z taką osobowością, trzeba być bardzo cierpliwym, a niekiedy nawet zdolnym do wielu wyrzeczeń i dopasowania się do kocich wymagań… Może dlatego jesteśmy postrzegane jako osoby szalone, choć dla nas to coś zupełnie naturalnego?
fot. Dominika Płuza
6. Czy może nam Pani opowiedzieć kilka słów o swoich zwierzętach? W moim domu zawsze były zwierzęta, nie wyobrażam sobie bez nich życia. Miałam różne robaki [według babci patyczak, straszyk, żaba a nawet traszka były po prostu robakami], wszystkie gatunki gryzoni i zawsze psa. Niezależnie od pogody, dzielnie pędziłam na spacer z Maksiem albo Baxterem, w weekend sprzątałam klatki i codziennie przyrządzałam posiłki. Pewnie przez to moja mama nigdy nie była asertywna i miałyśmy w domu małe zoo. Miłość do kotów pojawiła się dopiero na studiach. Obecnie mam trzy koty i dwa psy, bywało, że kotów było dwa razy więcej, lecz teraz, niestety, nie mogę sobie na to pozwolić. Najstarszym z moich zwierząt jest Tori, sznaucer miniaturowy o dość mocnym charakterze jak na tak małego psa. Mama kupiła go razem ze mną, gdy byłam na drugim roku studiów. Torek czekał na nas w centrum handlowym. Zrobiłyśmy to trochę nieświadomie, pod wpływem impulsu, był osowiały i siedział sam w klatce, więc jak miałyśmy nie ulec jego urokowi? ;-) Jeszcze wtedy nie byłam dobrze zorientowana w tym, co dzieje się w hodowlach, jak odróżnić hodowlę od pseudohodowli i skąd pochodzą psy dostępne w centrach handlowych. Nie wiedziałam też wtedy, jak wygląda sytuacja w polskich schroniskach. To było około 7 lat temu, a poziom mojej wiedzy, niestety, był znikomy. Nie mogę nazwać tego błędem, bo nie żałuję, że Tori jest przy mnie, ale wiem, że kolejne psy zawsze będą adoptowane. Kiedy Tori, był szczeniakiem poszłam pierwszy raz na wolontariat do schroniska dla zwierząt i ta decyzja ukształtowała całą resztę mojego życia. Zmieniło się wszystko, również mój sposób myślenia i system wartości. Pracując w schronisku wzięłam na tymczas* srebrnego kundelka, zmutowanego charta szkockiego, o bardzo niskim podwoziu, który po pierwszej nieudanej adopcji został z nami na zawsze. Dzisiaj Mafina ma około 3 lata, jest bardzo urocza i kochana, to nasza domowa przylepa, która nie zna granic w okazywaniu swojego przywiązania. Poza psami są też koty: Batik, Wini i Szalom. Batik, jeszcze jako mała kuleczka trafiła do schroniska, była w ciężkim stanie, potrzebowała stałej opieki. Oddałam ją do fundacji współpracującej ze schroniskiem, a po kilku miesiącach zbiegiem okoliczności wróciła do mnie do domu tymczasowego. Ciągle była zasmarkana i przez ten stan bardzo rozkoszna, ciągle mruczała, barankowała i ugniatała, tak ujęła tym mojego chłopaka, że zgodził się, aby została z nami na stałe. Dziś jest zdrowa i bardzo lubi rozrabiać. Batik się zmieniła i wiem, że przez nią szybciej osiwiejemy, ale i tak kocham ją bezgranicznie. Drugi kot to Wini. Winiego usłyszałam jak wył pod śmietnikiem. Okazało się, że tego małego smarkacza przywiozła pewna pani pod maską samochodu. Kota zostawiła i odjechała. Wini miał wtedy niecałe 2 miesiące, odgryzione ucho i był małym dzikusem, na szczęście kwestią zaledwie tygodnia było, aby się oswoił. Mieszka ze mną już ponad 2 lata, jest kochany, łakomy i kocha aportować. Mój chłopak jeszcze chyba tego nie wie, ale ja już od dawna nie traktuję Winiego jak tymczasowicza. ;-) Ostatnim kotem jest Szalom, trafiłam na niego zimą, gdy wracałam do domu. Nagle usłyszałam donośne miauczenie pod blokiem, zakiciałam, a kocur przyszedł za mną do samych drzwi. Wszedł, otarł się o psy i usiadł. Był zasmarkany w środku zimy, musiałam go przyjąć i wyleczyć z pomocą fundacji. Dzisiaj Szali jest zdrowy, ale ciężko mi znaleźć dla niego dom. To jedyny kot, u którego widzę ogromną potrzebę bycia na zewnątrz, a znaleźć dobry, odpowiedzialny dom, który da kotu bezpieczeństwo i swobodę, jakiej Szalom potrzebuje, jest bardzo ciężko. Nie pędzę do tego dnia, wiem że teraz Szali ma dobrze, a do pełni szczęścia brakuje mu tylko własnej wsi. Ale i ten czas nadejdzie, a jak nie, to będzie dalej szczęśliwy u mojego boku. *dom tymczasowy to miejsce, gdzie zwierzak oczekuje na swojego nowego właściciela, na swój docelowy, stały dom - do tego momentu jest wychowywany, ma zapewnioną opiekę i uczestniczy w życiu domu tymczasowego.
fot. Dominika Płuza
fot. Dominika Płuza
7. Gdyby mogła Pani przeprowadzić zajęcia dla dzieci (przedszkolnych i tych, które już uczęszczają do szkoły podstawowej), jakie zagadnienia by Pani na nich poruszała? Na pewno byłyby to zajęcia kreatywne, przygotowalibyśmy kocie zabawki, być może budki i legowiska. Podczas zajęć poruszałabym kocie zagadnienia, przemyciłabym do nich trochę tego, co to znaczy być odpowiedzialnym opiekunem, zahaczyłabym o temat bezdomności zwierząt i ich uczucia. Z pewnością często porównywałabym koty do dzieci, mają podobne potrzeby, a bazując na tym, łatwiej byłoby nam się wzajemnie zrozumieć. :-)
fot. Dominika Płuza
8. Czy - oprócz "Kota w worku" - wystarcza Pani czasu też na inne pasje? Nie wystarcza mi czasu na sen i odpoczynek, ale na pasje staram się znaleźć choć drobną lukę w grafiku pomiędzy obowiązkami. Staram się, to odpowiednie słowo, bo nie zawsze mi to wychodzi. Poproszona, zawsze znajduję czas, żeby pomóc znajomym i bliskim mi fundacjom, które opiekują się bezdomnymi zwierzętami. W wolniejszych chwilach próbuję malować, lubię fotografować i oglądać filmy, w ciepłe dni uciekam z psami do lasu, nad wodę, na rower. Lubię też odwiedzać nowe miejsca i przeszukiwać lokalny targ staroci, aby otaczać się rzeczami z duszą.
rys. Dominika Płuza
9. Czy lubi Pani czytać? Czy ma Pani ulubioną książkę/pisarza? Lubię czytać, ale od zawsze narzekałam, że mam na to za mało czasu, a ostatnio mam go tyle, że piętnaście minut z książką w wannie jest prawdziwym luksusem. Ulubionej książki i pisarza nie mam, to, co czytam, często zależy od tego, co aktualnie ktoś mi pożyczy, da lub co odkopię w biblioteczce mamy. Mając tak mało czasu na czytanie, chyba nie da się mieć ulubionej książki.
fot. Dominika Płuza
10. Zdradzi nam Pani swoje plany na przyszłość? :) Tak, na pewno będę dalej robić to, co mi sprawia przyjemność. "Kota w worku" nie porzucę, tak samo jak wolontariatu, ale chciałabym w końcu przestać narzekać na brak czasu, bo plotę o nim jak zdarta płyta. Pragnę lepiej się zorganizować, pogodzić pracę, pasje, marzenia i rodzinę. Znaleźć czas dla siebie i bliskich, nadrobić wszystkie zaległości, po czym w końcu gdzieś wyjechać i odpocząć. To są moje plany. Nie lubię kreślić ich szczegółowo, zbyt często życie je weryfikuje po swojemu. Staram się pamiętać o tym, co jest ważne i do tego dążyć, ale bez zawieszenia tego konkretnie w czasie.
fot. Dominika Płuza
Dziękujemy za rozmowę, życzymy wielu sukcesów i... chociaż odrobiny czasu na odpoczynek i tak zwaną "chwilę dla siebie". :)
Dzisiejszym wpisem rozpoczynamy nowy cykl na naszym blogu. Chciałybyśmy przedstawiać Wam ludzi z pasją, oryginalnym hobby, któremu poświęcają życie, fundusze, całych siebie. Którzy ŻYJĄ tym, co robią. Obiecujemy, że będzie interesująco. :) Zapraszamy!
CZŁOWIEK: Marcin Piskorski Z PASJĄ: hodowla ptaków egzotycznych 1. Skąd wziął się pomysł na hodowlę ptaków egzotycznych? Jakie jest źródło Pana pasji? Nie pamiętam, skąd wziął się ten pomysł. Pamiętam tylko, że od dziecka interesowałem wszystkim, co ma skrzydła: owadami, ptakami, nawet samolotami. Fascynowało mnie unoszenie się i szybowanie w górze. Być może wpływ na to miał fakt, że wychowałem się niedaleko lotniska albo to, że obaj moi dziadkowie i jeden z wujków hodowali gołębie pocztowe. Nie wiem. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Ale do dziś pamiętam, jak koledzy i po trochu też bracia podśmiewali się ze mnie, że uganiam się za ptakami albo motylami. W telewizji widziałem, że można suszyć owady – próbowałem łapać i suszyć motyle. Miałem całe oparcie kanapy ponakłuwane szpilkami z suszonymi motylami. Tyle, że martwe już mnie tak nie cieszyły. Zacząłem więc kombinować, jak tu łapać i trzymać żywe ptaki. Jako dziecko nie potrafiłem zmajstrować żadnej klatki ani pułapki, więc zamiary spełzły na niczym. Jedyną pociechą był gołębnik. Było to pierwsze miejsce, które odwiedzałem u dziadka. Dopiero po kontroli gołębników szedłem witać się z rodziną. Pamiętam, jak na początku podstawówki przeczytałem „Dzieci z Bullerbyn” – zafascynował mnie Bosse i jego pasja zbierania jajek. To był pomysł! Jednak skończyło się na kilku wydmuszkach kurzych i kaczych, bo kiedy doszedłem do wydmuchiwania jajka gołębiego, to zrobiło mi się szkoda, że z niego nie wykluje się już żaden gołąbek… Jako że rodzice nie pozwalali mi trzymać w domu żadnych zwierząt, to moja fascynacja ptakami skończyła się tylko tym, że wszędzie rysowałem ptaki, kupowałem i przeglądałem albumy przyrodnicze.
fot. Marcin Piskorski
2. Czy pamięta Pan pierwszego ptaka w hodowli? Od jakiego ptaka się zaczęło? Jakie ptaki hoduje Pan w tej chwili? Tak – gołąbek diamentowy! Samiczka! Dopiero po studiach, bo wcześniej nie było warunków, żeby odpowiednio dbać o ptaki. Tak ją oswoiłem, że z ręki jadła, latała po pokoju. Dokupiłem jej samca i skończyło się – on jej się bardziej podobał, niż ja. Potem były zeberki, kanarki, papugi.
fot. Marcin Piskorski
3. Czy może nam Pan coś więcej powiedzieć o ptakach egzotycznych, które Pan hoduje? Wiemy, że istnieją różne gatunki papug i kanarków, ale amadyny, astryldy... to dla nas egzotyka! :) Czy hodowla takich ptaków jest trudna? Próbowałem hodowli różnych gatunków, ale pozostałem przy astryldach. Fascynują mnie swoją różnorodnością, delikatnością i potrzebą dużego zaangażowania w ich hodowlę. Są kapryśne, wrażliwe, ze względu na różnorodność gatunkową i to, że zamieszkują praktycznie cały świat, wymagają zapewnienia różnych warunków w hodowli. To nie kanarki, które śpiewają podobnie i które można rozmnażać w małych klateczkach, podając tylko ziarno i jajko. I nie papugi, które hałasują i niszczą i które nie wymagają z reguły jakiś specjalnych warunków. Astryldy muszą mieć spokój, towarzystwo, odpowiednią temperaturę, odpowiedni pokarm, często żywy, podany na czas. Ptaki te są szczególnie wrażliwe na kontrolę gniazda, tak więc nie zawsze można zaobrączkować pisklaki. Każda nieostrożna i niepotrzebna ingerencja w lęgi może skończyć się utratą przychówku. Do tego dochodzi fakt, że okres rozrodczy u większości gatunków przypada na wiek 2 - 4, 5 max. 6 lat. Biorąc pod uwagę wszystkie te cechy – nie każdy hodowca może cieszyć się przychówkiem, bo uzyskanie go bywa czasami niezwykle trudne.
fot. Marcin Piskorski
4. Czy wymaga wyrzeczeń? Dużych nakładów finansowych? Ile czasu dziennie / tygodniowo Panu zajmuje? Każda hodowla ptaków, tak samo jak hodowla innych zwierząt, wymaga wyrzeczeń. Różnych. I zaangażowania. Bez umiejętności poświęcania się i bez zaangażowania nie da się prowadzić hodowli. Żeby obrządzić ptaki wstaję godzinę wcześniej niż moja żona. Nawet w weekendy wstaję skoro świt, a potem kładę się znowu, żeby podelektować się weekendem. W okresie lęgowym wstępuję do ptaszarni po pracy i jeszcze tuż przed zgaszeniem światła. W zależności od pory cyklu hodowlanego muszę skontrolować gniazda, zaobrączkować ptaki, posprzątać, przygotować i podać różnorodną karmę. Jako że okres lęgowy w mojej hodowli przypada na czas letni, ogranicza to moje możliwości urlopowe. Nie mogę wyjechać na długo, nad czym ubolewa cała moja rodzina. Staram się im to jakoś wynagrodzić, próbujemy wyjeżdżać częściej, ale na krótsze okresy – nie zawsze jednak da się pogodzić obowiązki zawodowe moje i mojej żony i tak ustawić urlopy, żeby w pełni wykorzystać wolny czas. Jeśli chodzi zaś o moją pracę – gdyby nie pomoc żony, to nie mógłbym hodować tylu ptaków. Kiedy muszę zostać w pracy na noc, czasami nawet na 2 doby z rzędu, to ona opiekuje się ptakami. Z jednej strony nie za bardzo przepada za moimi podopiecznymi, z drugiej jednak strony dopinguje mnie do dalszego rozwoju hodowli.
fot. Marcin Piskorski
5. Co jest dla Pana najistotniejsze w hodowli ptaków? Największą satysfakcję sprawia mi rozmnożenie jakiegoś rzadkiego, uznawanego za „trudny” gatunku. Każde lęgi uważam za duże wyzwanie, jednak największym wyzwaniem są dla mnie gatunki, które powoli zanikają w hodowlach z powodu trudności w zapewnieniu im odpowiednich warunków do przystąpienia do skutecznego lęgu. Nie zawsze się to udaje, przykładem mogą być astryldy lawendowe (E. caerulescens) – mam je kilka lat w hodowli, ale do tej pory nie udało mi się uzyskać od nich samodzielnego przychówku…
fot. Marcin Piskorski
6. Jaki sposób wydaje się Panu najbardziej efektywny, aby zapoznać dzieci i młodzież z aspektami hodowli, zachęcić ich do tego hobby? W obecnych czasach trudno zachęcić dzieciaki do jakiegokolwiek hobby innego niż komputery i telewizja. Wydaje mi się, że przede wszystkim należy zapewnić dzieciom kontakt z ptakami. Jest to zadanie dla szkół i rodziców we współpracy ze stowarzyszeniami hodowców ptaków. Wiele stowarzyszeń decyduje się na urządzenie pokazu ptaków w szkołach – sam to praktykuję i wiem, że szkoły bardzo chętnie wyrażają na takie imprezy zgodę. A dzieciaki podchodzą do ptaków bardzo entuzjastycznie. Rola rodzica? Jeśli tym samym dzieciom umożliwi się potem ponowne obejrzenie większej ilości ptaków na wystawach organizowanych przez stowarzyszenia, gdzie ptaszki można obejrzeć dłużej, lepiej, bardziej, można też porozmawiać z hodowcą i wreszcie nabyć ptaszka, o czym bez aprobaty rodziców nie może mieć mowy, to jest to już pierwszy krok do sukcesu. Oczywiście nie każde dziecko od razu stanie się hodowcą, dla wielu będzie to tylko kolejna zabawa. Ale jeśli jakiś odsetek z tych dzieciaków zajmie się kiedyś hodowlą ptaków, tu będzie to wspólny sukces stowarzyszeń, rodziców i nauczycieli.
fot. Marcin Piskorski
7. Wiemy, że jest Pan laureatem wielu konkursów ornitologicznych, Pana ptaki zdobywają puchary i są wysoko punktowane. Jakie wyróżnienie było/jest dla Pana najważniejsze?
Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Ostatnio w trakcie trwania 78. Ornitologicznych Mistrzostw Polski kilka osób pytało o możliwość nabycia ptaków z mojej hodowli. Wśród nich był człowiek, który powiedział, że on chce ptaka ode mnie, bo już wcześniej brał i jest bardzo zadowolony, że ptak pochodzący z mojej hodowli bardzo dobrze odchowuje własne młode i że z tego powodu chce nabyć ode mnie kolejne ptaki. To chyba było największe wyróżnienie.
fot. Marcin Piskorski
8. Co uważa Pan za swój największy sukces hodowlany? Hm... są różne „kategorie” sukcesów hodowlanych… W 2008 roku udało mi się po raz pierwszy w Polsce rozmnożyć gatunek papugi, którego rozmnożenie nie udało się jeszcze nikomu przede mną. Innym rodzajem sukcesu może być to, że w 2014 roku po raz pierwszy wystartowałem w Ornitologicznych Mistrzostwach Polski w klasie amadyna wspaniała zielona czarnogłowa i swoimi trzema ptakami zepchnąłem całą konkurencję z podium. Ale osobiście za swój największy sukces uważam rozmnożenie pewnej parki mniszek czarnogłowych (L.m.atricapilla). Nabyłem kiedyś od kolegi ptaszka, samczyka do samotnej samiczki. Okazało się, że samiczka nie akceptuje nowego partnera. Przez cały rok dokładałem wszelkich starań, żeby się polubiły i przystąpiły do lęgu. Bezowocnie. Kolejny rok i postęp: samiczka wyraźnie akceptuje samczyka, jednak samiec nadal nie wykazuje zainteresowania budką lęgową. Minęło kilka miesięcy, skończył się okres lęgowy i znowu nic. Minęła zima, zaczął się kolejny rok i BUM! Zaskoczyło między nimi! Samczyk wybudował piękne gniazdo, samiczka zniosła jajka, z których wykluły się młode! To był mój największy sukces hodowlany!
fot. Marcin Piskorski
9. Jeszcze prosimy słowo o planach na przyszłość. Może ma Pan jakieś marzenie hodowlane? :) Rozmnożenie astryldów lawendowych…
fot. Marcin Piskorski
10. Na koniec bardzo ważne pytanie: czy lubi Pan czytać książki? Ma Pan swoją ulubioną? Ulubionego autora? Bardzo lubię czytać książki. Moimi ulubionymi autorami z dzieciństwa byli Arkady Fiedler i Alfred Szklarski. Obecnie nie mam zdeklarowanego ani autora, ani rodzaju literatury. Ponieważ mało mam czasu na czytanie, to czytam co popadnie. Ostatnio przeczytałem „LEGION” Elżbiety Cherezińskiej - polecam wszystkim!
fot. Marcin Piskorski
Dziękujemy za rozmowę i życzymy spełnienia marzeń, szczególnie hodowlanych! :)