Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Truman Capote. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Truman Capote. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 grudnia 2020

Książki (nie)zapomniane - Połączenie realizmu z poetycką nutą i dozą niesamowitości

Tego pisarza wyróżnia połączenie realizmu z poetycką nutą oraz pewną dozą niesamowitości. Oto Miriam i Drzewo nocy - dwa opowiadania TRUMANA CAPOTE'A (właśc. Trumana Streckfusa Personsa, 1924-1984) rozpoczynające się jak proza obyczajowa, ale niebawem wprowadzające atmosferę z pogranicza nadnaturalności i oniryzmu, nawet grozy. 

Miriam. Zimowy dzień. Wdowa Miller wybiera się do kina. Przed budynkiem podchodzi do niej nieznajoma dziewczynka i prosi o kupno biletu (ma pieniądze!), gdyż dziecka bez opieki nikt nie wpuści. Pani Miller trochę się dziwi, kto małej pozwolił wyjść samotnie z domu w taką pogodę, ale spełnia jej życzenie. Dziewczynka nosi takie samo imię, jak ona.

Mija trochę czasu. Jest zimowy wieczór. Do drzwi wdowy dzwoni... Miriam. Skąd wiedziała, gdzie tamta mieszka? Dlaczego ją odwiedziła? Tak naprawdę, nie wiadomo. Niepewność sytuacji potęguje jeszcze kolejne niemiłe zdarzenie. Podczas gdy kobieta przygotowuje kolację, Miriam samowolnie grzebie w jej szkatułce i żąda broszki. Gdy słyszy uwagę na temat swego niestosownego zachowania, rozbija dzban i wychodzi.

Po kilku dniach sytuacja się powtarza. Samotnej mieszkance coraz trudniej pozbyć się natrętnej, ale też przerażającej manipulatorki. Jednocześnie tamta ją fascynuje. Z myślą o niej kupuje ciastka i... boi się, że Miriam przyjdzie, by je zjeść. W swoim mieszkaniu, teraz opanowanym przez złośliwe dziecko, którego nie sposób się pozbyć, ale na które czeka, zostaje sam na sam... Z kim? Z tamtą czy ze sobą? Sąsiedzi nie udzielą pomocy, bo - wezwani - nikogo nie znajdują. Ale gdy tylko wychodzą, mała się odzywa. Obca, (zło)wroga osoba czy drugie, skrywane " ja" wdowy? Czyli ciemność, która jest w niej?

Drzewo nocy. Kolejna zimowa historia. Mała stacyjka. Kay, dziewczyna z gitarą, wracająca z pogrzebu wuja, wsiada do pociągu. Zajmuje miejsce na wprost  dziwnej kobiety i jej głuchoniemego męża. Tamci rozpoczynają rozmowę, a właściwie kobieta namawia Kay do wypicia alkoholu. Dziewczyna odmawia, co skutkuje bardziej natarczywym nagabywaniem.

Obcesowa kobieta nie przestaje mówić. Coraz bardziej zaniepokojona Kay dowiaduje się, że jej towarzysze podróży wędrują po okolicy i wystawiają "sztukę", której treścią jest... grzebanie żywcem mężczyzny. Nie potrafiąc oprzeć się natręctwu tamtej, która zdaje się znać ją na wylot (także myśli!), z przerażeniem konstatuje, że głuchoniemy, wyglądający jak mumia, coraz bardziej przypomina jej zmarłego wuja! Dlaczego nie zmienia przedziału? Nie odzywa się do innych osób? Pociąg jest przecież wypełniony, a jednocześnie wydaje się, że tę trójkę od reszty pasażerów oddziela niewidoczny, ale szczelny mur. Nie do przebycia, skoro Kay wreszcie rezygnuje z racjonalnego analizowania sytuacji, w której się znalazła. Nie stawiając żadnego oporu, jak przez mgłę dostrzega, że kobieta wyjmuje jej spod pachy torebkę i delikatnie naciąga na głowę płaszcz jak całun.

Rzeczywistość przedstawiona w tych opowiadaniach stanowi jedyną w swoim rodzaju mieszankę prozy obyczajowej i literatury grozy. Codzienności i onirycznego odrealnienia. Realizmu i surrealizmu. Wzmagającej się niepewności. Niesamowitości i Tajemnicy.

Capote Truman, Miriam. Opowiadania, tł. z ang. Krzysztof Zarzecki, wyd. 2, Warszawa 1979 (sygnatura: 87106). W tym tomiku: Miriam, s. 85-108, Drzewo nocy, s. 109-132

piątek, 22 maja 2020

Książki (nie)zapomniane - Spóźnieni buntownicy

To harfa traw, zawsze snuje jakąś opowieść... W ten górnolotny i poetycki sposób narrator pisze o łące, za którą rozciąga się mrok Lasu Nadrzecznego. Taka jest cała powieść. Czasami brutalnie realistyczna, ale obficie przetykana nitkami czystego liryzmu. Harfa traw TRUMANA CAPOTE'A (1924-1984).

Collin Fenwick, jedenastolatek, trafia po śmierci matki do kuzynek ojca - Vereny i Dolly Talbo. Verena - skąpa i lubiąca dominować, oraz wrażliwa i delikatna Dolly stanowią swoje przeciwieństwa. W domu mieszka jeszcze służąca, Katarzyna, bezpodstawnie przypisująca sobie indiańskie pochodzenie. Posłuszna Dolly, chcąc wnieść trochę dolarów do domowego budżetu, sprzedaje ziołowy specyfik, cieszący się w okolicy nadzwyczajnym powodzeniem. Jej siostra orientuje się, że znajomość chemicznego składu mikstury może jej zapewnić fortunę i bezskutecznie stara się wydobyć od kobiety ten drobny sekret.

Ale Dolly nieoczekiwanie buntuje się. Po raz pierwszy w życiu. Zabiera z domu żywność, służącą i Collina. Razem uciekają, by osiedlić się... w domku na leśnym drzewie. Nie będzie im dane długo cieszyć się swobodą. Apodyktyczna Verena organizuje "koalicję" znajomych, którzy mają siłą ściągnąć tamtych z drzewa. Jednak Sędzia, przybyły wraz z innymi, okazuje się nieoczekiwanym sojusznikiem zbiegów. Dołącza do nich melancholijne stwierdzając:

Może i nigdzie nie ma dla nas miejsca. Ale przecież wiemy, że ono gdzieś jest; gdybyśmy je odnaleźli i pożyli tam bodaj chwilę, moglibyśmy uważać się za szczęśliwców.

I określa ich i siebie jako głupców, którzy niczego nie udają i nie ukrywają.

Tak więc siedzą wśród gałęzi. Przelotne ptaki. Marzą o wolności. Wspominają. Spóźnieni buntownicy, których dni (na drzewie) są policzone, bo wiedzą, że niebawem będą musieli wrócić na ziemię.

Wracają. Sześćdziesięcioletni Sędzia oświadcza się niepozornej Dolly. Zostaje odrzucony:

Stała się dla niego tym, czym pragnął - tą jedyną osobą na świecie, której (...) można powiedzieć wszystko. Tylko że kiedy można powiedzieć wszystko, czasem nie ma się już nic do powiedzenia.

Dolly po cichutku odchodzi ze świata. Przeżyła już to, co było jej dane. A Collin dopiero wejdzie w bolesną dorosłość. Ale już zdążył przeżyć pierwszą nieszczęśliwą miłość (do Maude o włosach koloru waniliowych lodów), poznać smak zdrady przyjaciela, wreszcie - być świadkiem ślubu ukochanej. I gdy wyjeżdża z bagażem nagromadzonych własnych doświadczeń, wie, że tu wróci, bo wyraźnie słyszy zew, czyli szum łąki - harfy traw (...), harfy głosów, która pamięta czyjeś dzieje.

Harfa traw. Powieść utkana z realizmu i liryzmu. Tego drugiego jest w niej sporo. Wystarczy przeczytać urocze zdanie: Panował mrok jak wino jeżynowe.

Albo te dwa:

Rozmawiajcie o nocy, o tym, że nie ma księżyca. Właściwie wszystko jedno, co się mówi, ważna jest tylko ufność, z jaką to powiedziano, zrozumienie, z którym zostało przyjęte.

Tak, jest w powieści Capote'a nieuchwytne piękno. Swoisty czar. Bo przecież sytuacja zamieszkania na drzewie sama w sobie jest absurdalna. Z pewnością chodzi o coś więcej. Ale o co? Może jej urok jest właśnie w niesprecyzowanej tęsknocie? W ciągłym dążeniu do tego, co zawsze jest jeszcze przed nami.
Capote Truman, Harfa traw, w: tegoż, Śniadanie u Tiffany'ego; Harfa traw, tł. Bronisław Zieliński, Warszawa 1962, s. 135-312 (sygnatura: 63224)